Kochani wielkimi krokami zbliża się mój ukochany festiwal- Jazz nad Odrą. W tym roku już 52 edycja, a dodatkowo obchody tegorocznej edycji zbiegają się z obchodami Europejskiej Stolicy Kultury - Wrocław 2016. Z tej okazji program festiwalu jest naprawdę wyjątkowy, zadbał o to nie kto inny jak sam dyrektor artystyczny JNO, Leszek Możdżer. Na cztery dni Wrocławski Impart zostanie totalnie opanowany przez jazz, ten europejski, amerykański oraz inne rozmaite jego odmiany. Główne koncerty zaczynać się będą o godzinie 18 30, będą podzielone niejako na 3 mniejsze. Bilety na główne wydarzenia są w cenie 70,100 i 120 złotych, naprawdę możemy więc mówić tutaj o ukłonie w stronę słuchaczy-bilety są naprawdę w atrakcyjnych cenach. O godzinie 23 30 w sali kameralnej kolejny koncert i tutaj niespodzianka wszystkie koncerty w sali kameralnej będą darmowe ! I jeszcze jeden prezent, creme de la creme. Codziennie po koncertach w sali kameralnej jam sessions do białego rana :) W ubiegłym roku byłam na takim nocnym jazzowaniu i naprawdę było to coś niesamowitego :) W sobotę 30 marca we Wrocławiu będziemy świętować Światowy Dzień Jazzu. Główne koncerty tego dnia odbędą się w Hali Stulecia. Słuchacze będą mieli w czym wybierać, koncerty będą się odbywały jednocześnie na kilku scenach. Główny koncert plus koncerty w dwóch bocznych rotundach. Bilet na ten dzień kosztuje jedynie 50 złotych, a artyści tego dnia naprawdę wspaniali: Tomasz Stańko, Urszula Dudziak, Leszek Możdżer, Zohar Fresco, Nils Frahm, Jazzanova i wielu wielu innych. 30 marca specjalny koncert w Narodowym Forum Muzyki przygotował również Pan Piotr Turkiewicz- dyrektor artystyczny festiwalu Jazztopad. Koncert na którym zagra cała armia wspaniałych muzyków z Wrocławianinem Piotrem Damasiewiczem na czele, jest zwieńczeniem odbywających się w NFM cyklicznych koncertów improwizowanych Melting Pot Lab. O koncercie możecie poczytać tutaj.
Bilety na wszystkie wydarzenia JNO są jeszcze dostępne, możecie je kupić na stronie eventimu , w salonach empik, sklepach saturn czy media markt oraz w kasie Impartu. Bilet na koncert w Narodowym Forum Muzyki do kupienia na stronie NFM-u, tutaj. Naprawdę bardzo polecam i zapraszam, ostatni tydzień kwietnia będzie niezwykły, każdy fan jazzu musi to zobaczyć, a przede wszystkim usłyszeć :) Pani w dredach jest już zaopatrzona w bilety na wszystkie wydarzenia tegorocznej edycji JNO, zapowiada się niezły jazzowy maraton :) Do zobaczenia !
Program Festiwalu
DATA
WYDARZENIE
CENA
MIEJSCE
Wtorek, 26.04
18.30
Laureat Grand Prix 2015 VEHEMENCE QUARTET gościnnie LESZEK MOŻDŻER
(Wojciech Lichtański – alto sax; Mateusz Śliwa – tenor sax; Szymon Madej – drums; Alan Wykpisz – bass)
MURRAY, ALLEN, CARRINGTON POWER TRIO
(David Murray, Terri Lyne Carrington, Geri Allen)
120, 100, 70
IMPART, sala teatralna
23.30
DMITRY BAEVSKY QUARTET
(Dmitry Baevsky – sax; Jeb Patton – piano; Mike Karn – bass; Joe Strasser – drums)
JAM SESSION
wstęp wolny
IMPART, sala kameralna
Czwartek, 28.04
15.00
KONKURS NA INDYWIDUALNOŚĆ JAZZOWĄ ‚2016
IMPART, sala kameralna
18.30
BILLY CHILDS JAZZ CHAMBER ENSEMBLE
(Billy Childs – piano, Carol Robbins – harp, Ben Monder – guitar, Hans Glawischnig – bass, Steve Wilson – sax, Jeff Ballard – drums)
"Nie sposób oczywiście zdobyć wszystkiego, bo tego nie dokonał ani Bach, ani Beethoven, ani żaden inny człowiek w dziejach muzyki. Ta pani ma swoje humory! Możesz na nią popatrzeć. Możesz nawet ją podotykać. Niektórych wpuszcza do przedsionka, niektórych do pokoju, a niektórych nawet do łóżka. Nie znaczy to jednak, że jeśli zaczniesz ją posuwać, zdradzi Ci wszystkie tajemnice." O poskramianiu muzyki opowiada Michał Urbaniak, fragment książki Jazz Urbanator.
Michał Urbaniak- przed przeczytaniem książki kojarzyłam go jednoznacznie ze skrzypcami i jazzem. Jeszcze z Urszulą Dudziak i Nowym Jorkiem. To by było na tyle. Mało jak na Polskiego muzyka, który nagrał płytę z samym Milesem Davisem i koncertuje po całym świecie z najwspanialszymi muzykami jazzowymi, jakich możemy sobie tylko wyobrazić. Dlatego kiedy zobaczyłam kiedyś w empiku Jazz Urbanatora, postanowiłam kupić i przeczytać.
Książka, autorstwa Andrzeja Makowieckiego to wywiad rzeka, czytając mamy wrażenie, jakbyśmy siedzieli z Panem Urbaniakiem gdzieś na kawie i słuchali jego opowieści osobiście. Lektura bardzo wciąga, nie sposób się momentami oderwać. Dodając do tego fakt, że pochłaniam książki w tempie ferrari, przeczytanie tej konkretnej zajęło mi 2 dni. Dodam jeszcze, że książka zawiera 355 stron, przepleciona jest wspaniałymi fotografiami z archiwum prywatnego Pana Michała. Wszystkim fanom muzyki polecam gorąco przeczytać. Michał Urbaniak to niezwykle utalentowany muzyk, ciekawa osobowość, a jego historia jako polskiego muzyka jazzowego, który dotarł do serca jazzu-USA jest naprawdę fascynująca.
Muzyczne współprace. Na trzecim zdjęciu z samym Milesem Davisem.
Michał Urbaniak urodził się 22 stycznia 1943 roku w Warszawie. Jego pierwsze nazwisko: Matuszkiewicz po jego ojcu, z którym jego matka dosyć szybko się rozwiodła. Ojciec Michała miał niestety problem z alkoholem. W dzieciństwie zmienił nazwisko na Urbaniak, po ojczymie, z którym jego matka ułożyła sobie życie na nowo. Matka szwaczka zawarła drugi związek małżeński z Marianem Urbaniakiem- tkaczem. Przenieśli się do Łodzi, gdzie rozwinęli wspaniale prosperujące przedsiębiorstwo, dorobili się imponującego jak na tamte czasy majątku. Michałowi niczego nie brakowało, był rozpieszczany. Miał wszystko co tylko chciał, do szkoły zaś woziła go taksówką służąca. W domu Urbaniaków w weekendy odbywały się często huczne imprezy, na których bawiła się cała ówczesna śmietanka towarzyska Łodzi, przychodzili również ludzie związani z muzyką. I to właśnie dzięki jednemu z takich przyjęć Urbaniak wstąpił do szkoły muzycznej. Można powiedzieć, że w ostatniej chwili, od dwóch tygodni uczęszczał już do zwykłej podstawówki, kiedy mama Urbaniakowa postanowiła za namową koleżanki wysłać go do szkoły muzycznej. W szkole muzycznej postanowiono, że instrumentem wiodącym dla Michała będą skrzypce, grał również na fortepianie. Okazało się, że ma wielki talent, grał najlepiej wśród swoich rówieśników. W latach 50-tych w Polsce rozkwitał jazz, którym zainteresował się również Urbaniak. Słuchał popularnej wtedy audycji jazzowej Willisa Conovera, jego pierwszą jazzową fascynacją był Louis Armstrong oraz śpiewaczka jazzowa Dinah Washington. I nagle stwierdził, że musi zacząć grać na saksofonie... Saksofon taki dostojny, męski i taki jazzowy więc trzeba saksofon zdobyć i na nim grać ( Swoją drogą podobnie było ze mną, z tą różnicą, że ja uważam saksofon za niezwykle kobiecy :) ). A więc chcąc czy nie chcąc Pani Urbaniakowa musiała synowi saksofon zakupić, trzeba tutaj dodać, że jego koszt w tamtych czasach był porównywalny z kosztem całkiem dobrego samochodu. Urbaniak dostał saksofon tenorowy marki Selmer, nauka gry szła mu bardzo dobrze, dosyć szybko zaczął na nim grać i to bardzo dobrze, w różnych zespołach, składach i kompilacjach. Grał głównie na saksofonie tenorowym i sopranowym, rzadziej altowym. Jednocześnie cały czas uczęszczał do szkoły muzycznej i był coraz lepszy w grze na skrzypcach. Przeniósł się do Warszawy by kontynuować naukę gry na skrzypcach właśnie u słynnego Tadeusza Wrońskiego. Jeszcze mieszkając w Łodzi poznał Zbigniewa Namysłowskiego, muzyka znanego już w świecie jazzu. To trochę też za jego namową przeniósł się do Warszawy, by grać z Namysłowskim w słynnych Hybrydach. W Warszawie grał jazz m.in z Andrzejem Trzaskowskim, z którego zespołem po raz pierwszy wyjechał do Stanów Zjednoczonych. Spełniło się marzenie jego ojca, który zawsze chciał, żeby jego syn wyjechał do Stanów Zjednoczonych. A więc na początku lat 60-tych zespół Andrzeja Trzaskowskiego ( Wreckersi ) razem z Michałem Urbaniakiem pojechali na festiwal jazzowy w amerykańskim Newport. Zagrali również w największych amerykańskich miastach: Chicago, Bostonie, Waszyngtonie czy San Francisco. Ten wyjazd był dla Urbaniaka kluczowy, po powrocie wiedział już że chce grać jazz i tylko jazz, wiedział też, że chce w przyszłości zamieszkać w Nowym Jorku na stałe. Po powrocie grał z wieloma muzykami, m.in z Tomaszem Stańką w zespole Krzysztofa Komedy. Koncertował też w Europie, głównie w Skandynawii. Kluczowy jednak okazał się festiwal w Montreux w roku 1971. W konkursie wzięła udział grupa Michała Urbaniaka w składzie: Michał Urbaniak- różne instrumenty, Urszula Dudziak- wokal, Adam Makowicz- fortepian, Czesław Bartkowski- perkusja i Paweł Jarzębski- gitara basowa. Urbaniak grał na sześciu instrumentach! saksofonie sopranowym, altowym, tenorowym, barytonowym oraz dwóch rodzajach skrzypiec...28 czerwca 1971 roku otrzymał Grand Prix festiwalu w kategorii solista i wygrał swój wymarzony wyjazd do USA.
Do Stanów Zjednoczonych wyjechał razem ze swoją żoną Urszulą Dudziak,na stałe, dwa lata po festiwalu w Montreux. Zamieszkał w Nowym Jorku- sercu jazzu. W USA wypłynął na szerokie jazzowe wody. Zaczął nagrywać jak szalony, dla największych wytwórni płytowych takich jak np Columbia. Dla Columbii nagrał zresztą swój pierwszy album w Stanach- absolutnie genialny Fusion. Grał z najlepszymi muzykami jazzowymi, w topowych klubach jazzowych takich jak np słynne do dzisiaj Village Vanguard. Robił imponującą karierę, co ciekawe oprócz saksofonu cały czas grał na skrzypcach. Skrzypce zarówno wtedy jak i trochę do dziś nie są typowym instrumentem jazzowym, Urbaniak był wtedy pionierem, z powodzeniem wykorzystując skrzypce do grania jazzu. Ciekawostka, normalne skrzypce mają 4 struny, Urbaniak postanowił dołożyć piątą strunę, dzięki temu skrzypce grały o pół oktawy niższe dźwięki. Chciał w ten sposób zbliżyć brzmienie skrzypiec do brzmienia ukochanego saksofonu tenorowego.
Lata 80-te. W tamtym czasie w Stanach popularny był program telewizyjny The Tonight Show, prowadzony przez Johnny'ego Carsona. Zapraszani byli do niego głównie celebryci i artyści. Pewnego dnia Michał Urbaniak dostał zaproszenie do programu w którym wystąpił. Brawurowo zagrał wtedy na skrzypcach elektrycznych. Szczęśliwie program oglądał wtedy sam Miles Davis razem z Tommym LiPumą-przedstawicielem wytwórni Warner. Kiedy Miles usłyszał Urbaniaka powiedział podobno "Tommy, get me that fuckin' Polish fidler". I w ten oto sposób Michał Urbaniak wziął udział w nagraniu płyty Tutu Milesa Davisa. Miles nie grał z byle kim, był absolutnym profesjonalistą i muzykiem mocno wymagającym. Możliwość zagrania z nim to było spełnienie marzeń każdego muzyka jazzowego. Pracując nad Tutu, Urbaniak nagrał z Milesem 3 utwory, z czego na Tutu znalazł się jeden. Pozostałe 2 Urbaniak wydał na swojej ostatniej płycie z 2009 roku - Miles of Blue.
Okładki kilku płyt z przebogatej dyskografii Michała Urbaniaka. Inactin, Fusion, Fusion III oraz ostatnia Miles of Blue.
Urbaniak jest absolutnym muzycznym poszukiwaczem, innowatorem. Twórcą, który lubi wychodzić poza ramy gatunkowe, łamać stereotypy. Najlepszym tego przykładem jest jego zamiłowanie do hip-hopu. Wydawać by się mogło, że hip-hop nie ma raczej z jazzem za wiele wspólnego. Urbaniak ma na ten temat zupełnie inne zdanie. Dzisiaj zachwycamy się projektem Radzimira Dębskiego ( Jimka ) z raperem Mioushem. Chłopaki połączyli muzykę klasyczną z hip-hopem, na ich koncerty walą tłumy, bilety wyprzedają się w 3 minuty... To co robią jest fantastyczne, jeśli dzięki hiphopowym bitom muzyka klasyczna ma zaistnieć wśród ludzi młodych to mówię TAK- zawsze i wszędzie będę za. Ale okazuje się, że idea takich połączeń nie jest nowa. W 1993 roku Michał Urbaniak nagrał płytę Urbanator. Kolejny wspaniały krążek w jego dyskografii, który nagrał... z amerykańskimi raperami właśnie. Urbaniak sądzi, że rap i hip-hop ma wiele wspólnego z jazzem i swingiem. Jeśli się nad tym zastanowić to faktycznie tak jest. W Polsce nagrał płytę m.in z Liroyem, znany jest też ze współpracy z Łódzkim raperem O.S.T.R-em. Urbaniak wspiera też młodych, prowadzi w Łodzi warsztaty dla młodych muzyków na które zaprasza wielu wspaniałych artystów z branży muzycznej.
Michał Urbaniak na scenie Męskiego Grania z Polskim raperem O.S.T.R-em.
Być może kojarzycie Michała Urbaniaka z polską wokalistką jazzową Urszulą Dudziak. W tym miejscu chciałabym wspomnieć o jego życiu prywatnym. Trzy jego małżeństwa zakończyły się niestety rozwodem, dopiero czwarte małżeństwo przyniosło stabilizację. Pierwsze małżeństwo,z Urszulą Dudziak, z którą ma dwie córki: Kasię urodzoną w 1978 roku oraz Michelle ( Mikę ) urodzoną w 1980 roku. Niedaleko pada jabłko od jabłoni, Kasia na co dzień śpiewa, maluje obrazy oraz pisze wiersze. Słuchacze jazzu kojarzą napewno Mikę Urbaniak- śpiewaczkę jazzową, która wydała już kilka płyt autorskich. Z Urszulą Dudziak Michał Urbaniak oprócz małżeństwa dzielił również muzykę, nagrali razem kilka płyt. Po rozstaniu z Urszulą Dudziak ponownie ożenił się, z Lilianną Komorowską, aktorką, małżeństwo nie trwało jednak długo. Później był związek i kolejne małżeństwo, z lekarką Barbarą Trelą.Po kilku latach nastąpił niestety kolejny rozwód. Niedawno po wielu latach poślubił swoją wieloletnią partnerkę Dorotę Palmowską, jest to jego czwarta żona. W książce Jazz Urbanator, Urbaniak wielokrotnie wspomina, że jego twórczość w głównej mierze jest uzależniona od miłości i kobiet. Swoje najlepsze płyty stworzył w momentach stabilności w związkach, rozstania z kobietami, które kochał przeżywał bardzo boleśnie. Bardzo często wtedy nie grał, nie koncertował i pił... Z chorobą alkoholową Urbaniak zmaga się przez całe swoje życie. Bywały okresy, kiedy nie pił wiele wiele lat, alkohol niestety zawsze przypominał o sobie . Muzyk ma jednak wokół siebie wielu życzliwych ludzi, którzy wspierają go w walce z nałogiem. Trzeba tutaj jeszcze wspomnieć, że pomimo rozwodu, Michał Urbaniak wciąż przyjaźni się z pierwsza żoną Urszulą Dudziak.
Jazz Urbnator. Na trzecim zdjęciu z Urszulą Dudziak i ich dwoma córkami, Michelle i Kasią. Córki poszły w ślady rodziców, obie zajmują się również z powodzeniem muzyką.
Rozpisywać się o szczegółach jego biografii można godzinami. Warto jednak samemu sięgnąć po książkę. Biorąc pod uwagę wkład książki w historię muzyki to mogę z całą pewnością powiedzieć, że jest ogromny. Obejmuje kawał historii zarówno polskiego jazzu jak i amerykańskiego.Urbaniak rozpoczynał swoją przygodę z jazzem pod koniec lat 50-tych, na początku 60-tych, a więc poniekąd najciekawszych, kiedy jazz dopiero rozkwitał w Polsce na dobre. W swojej książce opowiada o wielu wspaniałych muzykach i artystach, również tych napotkanych po przeprowadzce do Stanów. Jako jedyny Polak w tamtych czasach dotarł do serca muzyki jazzowej- Nowego Jorku, gdzie grał z muzykami, uważanymi obecnie za jednych z najlepszych na świecie. Mało tego, zagrał na płycie z samym Milesem Davisem. Jazz Urbanator to prawdziwa skarbnica wiedzy. Swoją drogą, kolejna ciekawa rzecz. Książka napisana jest w pierwszej osobie, jednak autorem, osobą, która zebrała wszystko w całość jest Andrzej Makowiecki. Makowiecki wielokrotnie pojawia się w książce pod pseudonimem Neskim. Obecnie publikuje, pisze książki, dawniej jednak był bardzo dobrym trębaczem jazzowym, od wielu lat jest przyjacielem Michała Urbaniaka. Nie jestem literaturoznawcą ale mam stuprocentową pewność, że książka jest również wyjątkowa na tle np. innych biografii. Zresztą nie jest to typowa biografia, bardziej fascynująca barwna opowieść. Sam podtytuł- Awantury muzyka jazzowego, sugeruje, że jego historia jest wyjątkowa i z pewnością też lekko zadziorna. Napisana językiem "zwykłego śmiertelnika", w sposób zabawny. Zawierająca masę anegdot i prześmiesznych historii. Po za tym jest to po prostu książka o życiu człowieka, który związał swoje życie z muzyką, na dobre i na złe. Historia muzyka jazzowego, który jako pierwszy Polak dotarł do swoistego źródła jazzu. Bez wątpienia również Michał Urbaniak uczynił ze skrzypiec instrument jazzowy, co kiedyś nie było do końca oczywiste. Śmiało można powiedzieć też, że Urbaniak jest multiinstrumentalistą, gra na wszystkich rodzajach saksofonów, skrzypcach normalnych jak i elektrycznych, jak również np na lirykonie- instrumencie raczej rzadko używanym, będącym poniekąd rodzajem elektronicznego saksofonu. Kolejna wspaniała postać polskiego jazzu, za którą kryje się fascynujące życie. Polecam w wolnej chwili przeczytać, warto też przy okazji czytania posłuchać, a jest z czego wybierać z bogatej dyskografii tego wspaniałego muzyka. Pani w dredach poleca wam jak zawsze !
Sezon koncertowy w pełni. We Wrocławiu- Europejskiej Stolicy Kultury 2016 jest naprawdę w czym wybierać. Rozpoczął się festiwal Ethno Jazz, a dokładnie to wyjątkowa jubileuszowa X edycja. Jednym z głównych wydarzeń tej edycji był z pewnością koncert słynnego Kameruńskiego basisty i wokalisty- Richarda Bony.
Koncert Richarda Bony odbył się 22 lutego we Wrocławskim Imparcie. Zgromadzonych w Imparcie przywitał i zapowiedział koncert Marcin Kydryński, autor kompilacji Siesta, twórca Siesta festiwal. Zapowiadając Richarda Bonę stwierdził, że ten ma w sobie tyle uroku osobistego, że mężczyźni powinni zostawić kobiety w domu, żeby te przypadkiem temu czarowi za bardzo nie uległy :) Co prawda to prawda, uroku Kameruńczykowi nie brakuje, o czym przekonałam się już po chwili. Richard Bona Group zagrali w składzie: Richard Bona- wokal, gitara basowa, A.T.N Stradwijk- na instrumentach klawiszowych, Adam Stoler- na gitarze elektrycznej, Tatum Greenblatt- na trąbce oraz Ludwig Afonso- na perkusji. Panowie zagrali wspaniały koncert, wybrzmiały największe przeboje Pana Bony, a także jeden klasyk Jaco Pastoriusa czy Herbiego Hancocka. Były energetyczne, mocno taneczne kawałki przeplecione wspaniałymi etnicznymi balladami przy których można było zamknąć oczy i po prostu odpłynąć. Po ciężkim dniu w pracy ta muzyka była dla mnie jak ukojenie. Dodam jeszcze, że Pan Bona ujawnił swój urok osobisty bardzo szybko, przez cały koncert utrzymywał niesamowity kontakt z publicznością. Widownia momentami zaśmiewała się do łez, a to dzięki przezabawnym wstawkom Bony w języku polskim, np o jego pochodzeniu. Opowiadając o tym, gdzie się urodził i wychował użył polskiego słowa "pipidówa", wymawiając je z afrykańskim akcentem, publiczność oszalała z radości. Zresztą "pipidówa" była poniekąd słowem przewodnim wieczoru :)
Zdjęcia telefonem z ukrycia. Może tego nie widać ale Impart pękał w szwach.
Wybrana dyskografia. Ostatnia płyta Richarda Bony to Bonafied wydana w 2013 roku.
Tego wieczoru odpłynęłam gdzieś w stronę Afryki, ubawiłam się do łez, a na samym końcu nawet tańczyłam :) Pod koniec koncertu, Richard Bona zaserwował tak energetyczny kawałek, że publiczność po prostu wstała i zaczęła tańczyć :) Efekt był taki, że Pan Bona bisował i bisował, a publiczność wciąż chciała więcej. Ostatni utwór tego wieczoru to kołysanka, którą Bona zaśpiewał i jak to określił "żeby ukołysać nas w końcu do snu". Piękny wieczór, magiczny. Cudowna muzyka i wspaniały szacunek jaki przez cały wieczór okazywał ten wspaniały artysta publiczności. Myślę, że kiedy tylko będzie okazja pójdę na każdy koncert tego Pana, czar zdaje się zadziałał ;)
Kilka dni później, wybrałam się z kolei na koncert moich absolutnych ulubieńców czyli zespół Pink Freud. Zagrali 28 lutego we Wrocławskim Starym Klasztorze, również w ramach tegorocznego Ethno Jazz Festiwal. Wrocławski koncert odbył się w ramach trasy "Horse&Power" podczas której, Pink Freud zagrali w Toruniu, Poznaniu, Gnieźnie, Zielonej Górze i Wrocławiu na końcu. Przysłowiowa wisienka na torcie :) Pink Freud w składzie: Wojciech Mazolewski- gitara basowa, Karol Gola- saksofon barytonowy, Adam Baron- trąbka oraz Rafał Klimczuk- perkusja.
Panowie zagrali utwory z płyty Horse&Power i nie tylko. Były same "hity". Jak zwykle zagrali tak, jakby ten koncert miał być ich ostatnim. Czyli jak? Z wielką, wręcz piorunującą energią, entuzjazmem i ogromną pasją do tego co robią. To dlatego tak lubię chodzić na ich koncerty, mam pewność, że się nie zawiodę, a dodatkowo ich muzyka zagrana na żywo to jest absolutna bomba- energetyczna rzecz jasna. Pink Freud graja ostro, nieszablonowo, można powiedzieć, taki mocny męski jazz. Stałam pod samą sceną, czułam się fantastycznie, a muzyka, którą wyczarowało mi Pink Freud po prostu rozpieszczała moje ciało i duszę.
Niedawno wydali nową płytę, o której zresztą już pisałam " Pink Freud plays Autechre". Dlatego zdziwiłam się trochę że trasa Horse&Power, a nie Pink Freud plays Autechre. Moje wątpliwości rozwiał Wojtek Mazolewski informując, że owszem trasa PF plays Autechre będzie, ale na jesień. Po prostu muzyka Autechre wymaga dodatkowego specjalnego przygotowania, a ponieważ panowie z Pink Freud nie chcą zawieźć swoich fanów, dlatego trasa odbędzie się na jesień. No i dobrze, będę czekać z utęsknieniem. Na otarcie moich łez zagrali jeden kawałek z ostatniej płyty, "Bike". Byłam przeszczęśliwa bo ich ostatnia płyta wywarła na mnie piorunujące wręcz wrażenie.
Jeszcze jedno, można było robić zdjęcia. Dobrze się złożyło bo wzięłam aparat, zdjęcia więc odrobinę lepsze niż te robione telefonem. Przy okazji dawno nie wychodziłam "focić", więc tego wieczoru miałam podwójną frajdę.
Z pewnością nietaktem z mojej strony byłoby, gdybym napisała coś niepochlebnego o tej książce. Od samego początku, od kiedy zafascynowałam się muzyką jazzową, zakochałam się bez reszty w twórczości Krzysztofa Komedy. Nie ja jedna zresztą, taki Komedy urok. I chociaż wydawać by się mogło, że jak na takiego twórcę, jakim Komeda był, informacji i publikacji na jego temat powinno być sporo, ale tutaj niespodzianka. Książek, z których dowiemy się o jego życiu jest przysłowiowo jak na lekarstwo. Niby kilka jest ale moim zdaniem wszystkie jakby po krótce tylko coś opowiadają, dawkują nam jedynie strzępki jego życia. Jest jeden wyjątek. Przeczytałam kiedyś książkę "Czas Komedy" Pana Dionizego Piątkowskiego i przyznam, że moim zdaniem jest to jedyna do tej pory dobra książka o Komedzie. Dlaczego? Dlatego, że o jego życiu opowiadają w niej jego najbliżsi- rodzina, przyjaciele i znajomi, zawiera więc dużo prawdy i opisuje prawdziwe relacje i emocje. Do tego zawiera zdjęcia Pana Marka Karewicza... "Czas Komedy" i "Nietakty" znakomicie się uzupełniają. Książka Zofii Komedowej to pamiętnik momentami bardzo intymny, historia jej życia u boku wspaniałego artysty, jej męża- Krzysztofa Komedy.
Nietakty.Mój czas, mój jazz to 327 stron. Książka zawiera 6 rozdziałów, które są odzwierciedleniem okresów, pewnych etapów życiowych Zosi Komedowej. Od jej młodości, poprzez dojrzałość, spotkanie na swojej drodze Komedy i życie u jego boku aż do samego końca. Rozdziały są zatytułowane odpowiednio: Dryszczów, Kraków, Warszawa, W drodze, Hollywood oraz Koda. Na samym końcu swoje posłowie dodał Tomasz Lach- syn Zofii. Warto dodać, że to właśnie dzięki niemu ta książka ujrzała światło dzienne, pozbierał on bowiem w całość i upublicznił jej pamiętnik. Ale po sedna sprawy...
Zofia Trzcińska z domu von Tittenbrun urodziła się 13 listopada 1929 roku w Dryszczowie, gdzie jej rodzina miała dworek. Wychowywała się w trudnych, nerwowych dla kraju czasach, cała jej rodzina była bardzo patriotyczna. Jej beztroskie dzieciństwo, o którym pisze nie trwało długo, zaledwie w wieku 13 lat została żołnierzem AK o pseudonimie Zośka. Jak na tak młody wiek, jej odwaga była niesamowita, Zośka bowiem była łączniczką, zresztą bardzo dobrą, nie dała się złapać. Pod koniec wojny niejako zmuszona do ucieczki, osiadła w Krakowie. Tam wyszła za mąż za pierwszego męża... W bardzo młodym wieku, małżeństwo jednak nie trwało długo. Jego owocem było jednak jej jedyne dziecko, syn Tomek. Będąc bardzo młodą już bardzo ciężko pracowała, miała zdolności manualne, pracowała w fabryce bombek, była zdolną krawcową. W tamtym czasie zainteresowała się jazzem. Zaczęła słuchać, bywać na koncertach. Lata 50-te i początki lat 60-tych to dla jazzu w Polsce bardzo trudny czas, zresztą nie tylko w naszym kraju. Jazz był postrzegany jako muzyka "murzyńska" i zakazany. Organizowano więc koncerty w mieszkaniach prywatnych, jazzu słuchano niejako po kątach, gdzieś ukradkiem. Czas ciężki ale polski jazz przetrwał. W roku 1955 w Krakowie powstał pierwszy Jazz Club. Założony przez pasjonatów, między innymi kompletnie już zakochaną w jazzie młodą Zofię. Była ona od samego początku filarem tego miejsca, z czasem stała się menagerem tego miejsca przez duże M. Miała ku temu "smykałkę", była odpowiedzialna, świetnie zorganizowana, kreatywna i kochała muzykę całym sercem. Później w swoim życiu prowadziła z powodzeniem też inne kluby jazzowe, była menagerem wielu zespołów jazzowych: m.in Andrzeja Kurylewicza czy też później sekstet Komedy. Pewnego wieczoru w Krakowskim Jazz Clubie grał młody Krzysztof Komeda, tam się poznali. Później potoczyło się bardzo szybko, zakochali się w sobie już pierwszego wieczoru. Tak to się zaczęło. Żyli normalnie, zmagali się z typowymi problemami tamtych czasów. Oprócz tego, że Komeda jako artysta od początku nie miał łatwo, zmagali się z biedą. Ledwo wiązali koniec z końcem, on grał wszędzie, gdzie to tylko możliwe, ona łapała się każdego możliwego praktycznie zajęcia. Mimo biedy, Krzysztof zrezygnował z dobrze opłacanego zawodu lekarza. Ona go namówiła, bo Komeda tak naprawdę kochał najbardziej na świecie muzykę, zawód laryngologa nie był mu pisany. Chociaż podobno zapowiadał się na świetnego lekarza. Zwyciężył jazz, całe szczęście. Pobrali się jeszcze w Krakowie ale po jakimś czasie postanowili wyprowadzić się do Warszawy. Dla Krzysztofa miała to być większa szansa na powodzenie kariery artystycznej. Warszawa na początku okazała się nie być do końca dla nich łaskawa, mówi się, że początki są zawsze trudne. Ale bardzo powoli, systematycznie kariera Komedy pięła się wyżej.
Zofia i Krzysztof
Komedowie na wakacjach
Krzysztof Komeda i Marek Hłasko
Zapomniałam wspomnieć, że przed Warszawą było już wiele rewelacyjnych występów Krzysia, festiwal w Sopocie, kluczowy w jego pianistycznej karierze czy Jazz Jamboree. W Warszawie rzucił się w wir pracy, koncertował, komponował jak szalony. Przyjaźnił się z Romanem Polańskim, tworzył muzykę do jego filmów. Jeden w pierwszych to chociażby Nóż w Wodzie. Zofia opisuje, ze Komeda tworzył muzykę w domu, miał ustalony harmonogram dnia. Codziennie śniadanie, długa kąpiel, a potem muzyka i komponowanie. A wieczorami i nocami koncerty. Karkołomne. Wyjeżdżali z Zofią w trasy koncertowe do Danii, Holandii, często takie wyjazdy trwały nawet miesiąc. Stał się rozpoznawalny. A Zośka? Była jego spełniającym się menagerem, opiekunem, aniołem stróżem. Organizowała, umawiała, załatwiała. Była w tym najlepsza. Wspaniała kobieta, charyzmatyczna. Ktoś mógłby zarzucić, że stała może trochę w jego cieniu. Absolutnie ! Zofię znali wszyscy, ona robiła swoją robotę doskonale. Przeżywała wzloty i upadki, życia z kimś takim jak Komeda. Znosiła nawet jego liczne przelotne romanse, wiedziała, że w gruncie rzeczy on kocha tylko ją. Za sprawą współpracy z Polańskim, który trafił wtedy już do Stanów Zjednoczonych, Krzysztof wyjechał do Hollywood, żeby robić muzykę do Dziecka Rosemary. Później dojechała Zofia. Krzysztof zakochał się w Stanach, ona wręcz przeciwnie. Czuła się tam samotna i niepotrzebna. Początkowo Komeda miał zostać w Stanach tylko na czas Dziecka Rosemary. Z czasem jednak postanowił zostać na stałe, ona natomiast tęskniła za Ojczyzną. Kompromisu nie było, Zofia wróciła do Polski jeszcze przed premierą Dziecka Rosemary. Komeda został. Film i muzyka okazały się wielkim sukcesem, chyba większość z nas kojarzy kołysankę z dziecka Rosemary skomponowaną przez Komedę. Niestety sukces jego kariery nie szedł w parze z ich relacjami, które się psuły. Utrzymywali kontakt, ale było to mocno utrudnione. Wiadomo w Polsce podsłuchy, cenzura... Na rozmowę zagraniczną czekało się tydzień czasu... Później zdarzył się... wypadek Komedy, początek końca życia tego wielkiego muzyka. Ona dowiedziała się dopiero po 3 tygodniach... w trybie ekspresowym z pomocą wielu dobrych ludzi pojechała do Stanów, do swojego Krzysia. Komeda był w śpiączce, nie odzyskał świadomości do końca. Opiekowała się nim, czuwała. Sama podupadała na zdrowiu przechodząc niewyobrażalne cierpienie.Sprowadziła męża do Polski, u nas przecież też były szpitale. Niestety pomimo modlitw, miłości i całej wiary wszystkich ludzi wokół Komeda zmarł. Po jego śmierci Zofia ma kłopoty finansowe, musi pracować. Wróciła do szycia. Później przez wiele lat prowadziła kolejne kluby jazzowe, miała jazz we krwi. Kilka ostatnich lat życia poświęciła na pomoc innym, została społecznikiem.Wyjechała w Bieszczady. Walczyła za innych, w słusznych sprawach. Pod koniec życia wróciła do Warszawy, do mieszkania, w którym mieszkała z Krzysztofem. Zmarła w 2009 roku.
To wszystko w naprawdę wielkim skrócie. Ta książka to trochę biografia ich obojga. Historia ich wspólnego życia. Ale to też historie ich przyjaciół, znajomych, często zabawne, szalenie ciekawe. W książce pojawiają się m.in Sławomir Mrożek, Marek Hłasko, Urszula Dudziak, Tomasz Stańko czy wspomniany już Polański. Wiele literatów, artystów, muzyków. Wiele faktów o nich, tych dobrych i tych czasami gorszych stron. Zofia pisze tak jak było, nie upiększa, nie wyolbrzymia i nie przesadza. Pisze o wielkim muzyku, a któż znał go lepiej niż ona. Byłą jego żoną, jego "Crazy Girl". Pisze o ludziach, miejscach, uczuciach, emocjach, opowiada swoją historię jak gdyby siedziała tuż obok nas. Jak bliska nam osoba. Nie muszę dodawać, że książkę czyta się jednym tchem, połyka się ją. Pozycja obowiązkowa, dla ludzi kochających jazz ale nie tylko. Niezwykłe życie i niesamowite historie. Polecam Wam jak zawsze bardzo serdecznie...A na dobranoc wspomniana wcześniej kołysanka.
Raz w roku, obowiązkowo praktycznie chyba w każdym miejscu na świecie usłyszymy muzykę ojca muzyki reggae- Boba Marleya. Dlaczego? Bob Marley, gdyby żył skończyłby w tym dniu 71 lat. Z tej okazji odbywa się mnóstwo imprez, koncertów, na których fani muzyki reggae świętują urodziny Boba. Nie inaczej było we Wrocławiu. Koncert zorganizowano w Starym Klasztorze. Wystąpiło mnóstwo artystów związanych z Wrocławską sceną muzyczną, reggae i nie tylko. Zagrali m.in : Mesajah, Krzysztof Wlazi "Wlaźlak" (Bethel), Adrianna Styrcz (Sinusoidal), Natalia Lubrano, Martyna Baranowska ( Chilli Crew ) i wielu wielu innych. Usłyszeliśmy największe przeboje Boba Marleya w nowych ciekawych aranżacjach. Wybrzmiały: One Love, Positive Vibration, Buffalo Soldier czy jeden z moich ulubionych I Shot The Sheriff, oczywiście wiele wiele innych.
Było mnóstwo ludzi, panował wręcz ścisk. Ale raczej nikomu to nie przeszkadzało. Co ciekawe i mam wrażenie, że na koncertach reggae już wręcz normalne to to że ta muzyka absolutnie łączy pokolenia. Rozstrzał wiekowy był ogromny, były dzieci ( ale z rodzicami :) ), dużo młodzieży, ludzi młodych, a także garść starszych słuchaczy. Z pewnością Bob Marley popatrzył na nas z góry i szeroko się na ten widok uśmiechnął ;-) Napewno, każdy wyszedł z koncertu zadowolony, kto chciał mógł pośpiewać, potańczyć, a warstwa muzyczna i wykonawcy zaprezentowali się naprawdę z dobrej strony. Jedynie trochę było mi szkoda, że koncert ( w mojej oczywiście opinii ) był trochę za krótki. Trwał niecałe 2 godziny, w dodatku z przerwą, przez co czułam lekki niedosyt. Ale to nic, za rok kolejne urodziny króla. Ostatnio coraz częściej słucham muzyki reggae, co jest w moim przypadku bardzo ciekawe i pomimo tego, że mam dready nie do końca oczywiste. Lat mi nie ubywa, a moje gusta muzyczne zmieniają się czasami jak w kalejdoskopie. Kiedyś reggae nie słuchałam prawie wcale, teraz trochę więcej. Musze nadrabiać zaległości :) Kilka zdjęć, jak zwykle na koncertach telefonem więc jakość taka sobie ale pamiątka jest :) W takie szare dni jak ten dzisiejszy można przypomnieć sobie ten kolorowy koncert.
Na scenie Natalia Lubrano
Adrianna Styrcz
Z moją koncertową towarzyszką, mam nadzieje że się nie obrazi :) Zdjęcie autorstwa Oli, którą serdecznie pozdrawiam :)