Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Recenzje płyt. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Recenzje płyt. Pokaż wszystkie posty
sobota, 14 stycznia 2017
Bonobo - Migration - ''recenzja'' mało obiektywna.
wtorek, 12 kwietnia 2016
Joe Bonamassa - Blues of Desperation. Recenzja
Desperacki Blues - Blues of Desperation. Dwunasty studyjny album amerykańskiego gitarzysty i wokalisty Joe Bonamassy. Dwunasty studyjny... niezłe tempo można rzec jak na człowieka urodzonego w 1977 roku ( 39 lat ). Oprócz studyjnych na swoim koncie ma też kilka świetnych albumów koncertowych, współpracował z takimi artystami jak np Beth Hart czy Eric Clapton. W jego muzyce słychać inspiracje muzyką Stevie Ray Vaughana, B.B. Kinga, Jeffa Becka czy Buddy'ego Guya. Moja przygoda z Bonamassą zaczęła się kilka miesięcy temu, przesłuchałam koncertową płytę Live at Radio City Music Hall, gdzie grał utwory z Different Shades of Blue czy Dust Bowl- poprzednich płyt studyjnych. No i przepadłam, uwielbiam słuchać tej płyty nadal, jego muzyka już chyba nigdy mi się nie znudzi, dodaje mi energii i wywołuje uśmiech na twarzy :) Czekałam na nową płytę bardzo i muszę powiedzieć, że się nie zawiodłam.
Płyta miała swoją premierę światową 25 marca. Znalazło się na niej 11 utworów, płyta trwa nieco ponad godzinę. Całość stanowi wyłącznie materiał premierowy. Nagrana została w ciągu zaledwie 5 dni, w Nashville Grand Victor Sound Studios. Producentem krążka został wieloletni współpracownik Bonamassy- Kevin Shirley. Album pod szyldem wytwórni J&R Adventures, w Polsce dystrybuowany jest przez Mystic Production. Płyta do kupienia w Polsce w trzech wersjach, zwykłej wersji CD, Deluxe Silver Edition- zawierającym dodatkowo 64-stronnicową książeczkę ze zdjęciami i innym dodatkami oraz na podwójnym 180-gramowym winylu. Bonamassa mówi o płycie tak: "Najbardziej zróżnicowany i najodważniej zrealizowany krążek w mojej dotychczasowej karierze" i ja się z tym zgadzam w 100%. Płyta jest świetna!
Na początku płyty mamy istne szaleństwo, pierwszy utwór i od razu Bonamassa szaleje na gitarze elektrycznej. This Train- ten pociąg rusza z impetem na początku płyty, niczym pendolino na trasie Wrocław-Warszawa. Taki szalony wstęp, przyznam szczerze, że troszeczkę odstaje od reszty płyty. Pierwszy utwór jest bardzo rock'rollowy i faktycznie można by pomyśleć, że początek płyty desperacko potrzebuje bluesa. To nie oznacza, że mi się nie podoba, wręcz przeciwnie. To taka bomba na początek, utwór, który wzbudza ogień. Bonamassa nie zwalnia, drugi utwór Mountain Climbing- ostry, twardy, męski kawałek. Początek z rozszalałą perkusją i głosem Joego. W miarę upływu czasu rozkręca się gitara by w kulminacyjnym momencie eksplodować w efektywnej solówce Bonamassy. Tak samo jest ze wspinaczką górską, kulminacja to wejście na szczyt, Bonamassa wspiął się na szczyt, jeśli chodzi o kunszt gitarowy i budowanie napięcia napewno.
W trzecim utworze zwalnia, daje nam i sobie odetchnąć. Przepiękny blues z gitarą akustyczną na piedestale. Utwór Drive to pierwszy singiel z nowej płyty. Tym razem przepiękna ballada, muzyka płynie spokojnie niczym motocyklista po amerykańskiej szosie. Tytuły utworów są bardzo obrazowe, to takie puzzle, które autor każe nam połączyć. W utworze przeplata się gitara akustyczna z elektryczną, a ostry głos Bonamassy przełamany został z kolei żeńskim chórkiem, który dodał nieco delikatności, polotności utworowi, odrobinę zmiękczył tę męską muzykę. Czwarty utwór- No good Place for the Lonely zaczyna się mocną gitarą elektryczną i ostrym, szarpanym głosem wokalisty. Początkowo piękna ballada utrzymana w starym bluesowym klimacie. Śpiewanie o samotności w ogóle jest chyba bardzo bluesowe ;) Tą samotność wokalisty potęguje ponownie wykorzystany chór żeński- podkreślając słowo "lonely" oraz elektryczne organy. Na końcu mamy długą, efektywną, improwizowaną solówkę gitarową Bonamassy. Gitara z perkusją szaleją do samego końca. Piąty utwór, tytułowy- Blues of Desperation. Desperacki blues- utwór bardzo mroczny, tajemniczy, momentami z elementami psychodelii. Na początku mroczny głos Bonamassy i wibrująca gitara- czasami mam wrażenie, że ten klimat utworu i efekty gitarowe brzmią razem niczym ...Pink Floyd. Zdecydowanie to mój ulubiony utwór na całej płycie, widać w nim pazur i charakter Bonamassy. Akustyczny oddech mamy natomiast w kolejnym kawałku- The Valley Runs Low. Dla mnie ten utwór to amerykański klasyczny blues, z przepięknymi urozmaiconymi krajobrazami Stanów, które same pojawiają się pod powieką oka. W You Left Me Nothin' But The Bill And The Blues mamy z kolei rock'roll- w mocno klasycznej wersji. Kojarzy mi się mocno z kawałkiem B.B. Kinga - My Lucile, przebojowym klasykiem. Ósmy utwór na płycie- Distant Lonesome Train zaczyna się mocno i rockowo, dudnią bębny, ryczy gitara i śpiewa Bonamassa. Niby podobnie jak poprzednio, w utworze pojawiają się jednak cudownie brzmiące organy elektryczne, które szaleją na równi z perkusją. Brzmienie gitary napędza kawałek, w tle słychać dźwięk miarowo jadącego pociągu. Wyraźnie słychać, ze Panowie bawią się muzyką, nie tylko lider sypie solówkami jak z rękawa, pozostali muzycy również pokazują co potrafią. Fajny rockowy utwór, organy dodały mu smaku, dźwięk jadącego pociągu pozwolił jeszcze bardziej poczuć klimat utworu jak i całej płyty. How Deep This River Runs- pyta Bonamassa w kolejnym utworze. Po burzliwym poprzednim utworze następuje nieco spokojniejsza ballada (bynajmniej na początku) z bardzo emocjonalnym refrenem. Znowu dla podkreślenia kluczowego pytania w utworze wykorzystano żeński chór. W drugiej części, utwór ze spokojnego przeradza się w prawdziwą nawałnicę, popis gry perkusistów rozbudza gitarę elektryczną Bonamassy, który po raz kolejny częstuje nas efektywną solówką gitarową. Bonamassa jest mistrzem budowania napięcia, ze spokojnego początkowo utworu, przechodzi płynnie do bardzo żywiołowego grania w kulminacji, by zakończyć kawałek znowu spokojnie. Jak gdyby po burzy zawsze wschodziło słońce. Dwa ostatnie utwory na płycie to popis instrumentów dętych. Utwór Livin' Easy zaczyna się bardzo jazzowo, wspaniale rozbrzmiewa elektryczne pianino, do tego ryczące instrumenty dęte z saksofonem w roli głównej. Bluesowy wokal Bonamassy lawiruje pomiędzy tym wszystkim, dodatkowo nieśmiało dołącza się jego gitara akustyczna. Jest coś w tym utworze ze swingu, który w połączeniu z bluesową naturą lidera daje specyficzny, niepowtarzalny urok. Głęboki hołd klasyce z umiejętnie wplecionymi własnymi aranżacjami- to styl rozpoznawczy Bonamassy. Na końcu płyty zostajemy uraczeni pięknym wolnym bluesem w utworze What I've Known For A Very Long Time. Tutaj również usłyszymy dęciaki- trąbkę i saksofon, do tego znowu elektryczne pianino, które tworzą piękne tło dla wokalu Bonamassy. Po niezwykle burzliwym i dynamicznym pierwszym utworze na płycie, ostatni to oaza spokoju i wyciszenia.
Cała płyta to taka sinusoida energetyczna właśnie. Dzięki takiej różnorodności, różnym tempom, mnogością wspaniałych muzyków i szerokim wachlarzem instrumentów płyta się nie nudzi. Pomimo tego, że trwa dość długo bo ponad godzinę, słuchając wcale się tego nie odczuwa. Przesłuchałam ją całą dobre kilka razy i wciąż nie mam dość- należy raczej do tych płyt, do których będę co jakiś czas wracać. Ciekawi bardzo okładka albumu- dłonie mężczyzny, po których widać, że czas ich nie oszczędził. Z całą pewnością te szerokie, spracowane dłonie i tytuł płyty Blues of Desperation to niejako skierowanie naszej wyobraźni na to co kryje wnętrze i na klasyczne inspiracje Bonamassy. Nie wiem czy to desperacki blues, z pewnością w wielu momentach mamy na płycie piękny blues, mamy też fragmenty soczystego rock'rolla a pod koniec nawet trochę jazzu, nie można więc powiedzieć, że to 100% bluesa (w dodatku desperackiego). Płyta jest wspaniałą mozaiką wokalno-dźwiękową, Bonamassa śpiewa o podróży, drodze czy samotności. Słuchanie jej to jak podróż pociągiem (pociąg to częsty motyw na płycie), raz pędzącym, a raz zwalniającym (ale tylko na chwilę) pośród pięknych amerykańskich krajobrazów. Porównując płytę z poprzednią studyjną Bonamassy- Different Shades of Blue, to Blues of Desperation napewno jest bardziej dojrzalszy i zdecydowanie mniej "przebojowy"niż poprzedniczka. Sam Bonamassa mówi o materiale na nowej płycie tak " Chcę, żeby ludzie usłyszeli jak ewoluuje muzyka, którą gram", po przesłuchaniu krążka można z całą pewnością stwierdzić, że jego muzyka faktycznie ewoluowała. Ta płyta odsłania przed nami kilka oblicz Bonamassy- od melancholijnego bluesmena po zwariowanego rockn'rollowca. Już teraz zazdroszczę tym, którzy będą mogli usłyszeć nową płytę na żywo, Bonamassa daje świetne koncerty ( póki co mogę to stwierdzić jedynie oglądając jego koncerty na youtubie ). Kto wie może kiedyś nadarzy się okazja i sama posłucham go live, kto wie ;)
Płyta miała swoją premierę światową 25 marca. Znalazło się na niej 11 utworów, płyta trwa nieco ponad godzinę. Całość stanowi wyłącznie materiał premierowy. Nagrana została w ciągu zaledwie 5 dni, w Nashville Grand Victor Sound Studios. Producentem krążka został wieloletni współpracownik Bonamassy- Kevin Shirley. Album pod szyldem wytwórni J&R Adventures, w Polsce dystrybuowany jest przez Mystic Production. Płyta do kupienia w Polsce w trzech wersjach, zwykłej wersji CD, Deluxe Silver Edition- zawierającym dodatkowo 64-stronnicową książeczkę ze zdjęciami i innym dodatkami oraz na podwójnym 180-gramowym winylu. Bonamassa mówi o płycie tak: "Najbardziej zróżnicowany i najodważniej zrealizowany krążek w mojej dotychczasowej karierze" i ja się z tym zgadzam w 100%. Płyta jest świetna!
Na początku płyty mamy istne szaleństwo, pierwszy utwór i od razu Bonamassa szaleje na gitarze elektrycznej. This Train- ten pociąg rusza z impetem na początku płyty, niczym pendolino na trasie Wrocław-Warszawa. Taki szalony wstęp, przyznam szczerze, że troszeczkę odstaje od reszty płyty. Pierwszy utwór jest bardzo rock'rollowy i faktycznie można by pomyśleć, że początek płyty desperacko potrzebuje bluesa. To nie oznacza, że mi się nie podoba, wręcz przeciwnie. To taka bomba na początek, utwór, który wzbudza ogień. Bonamassa nie zwalnia, drugi utwór Mountain Climbing- ostry, twardy, męski kawałek. Początek z rozszalałą perkusją i głosem Joego. W miarę upływu czasu rozkręca się gitara by w kulminacyjnym momencie eksplodować w efektywnej solówce Bonamassy. Tak samo jest ze wspinaczką górską, kulminacja to wejście na szczyt, Bonamassa wspiął się na szczyt, jeśli chodzi o kunszt gitarowy i budowanie napięcia napewno.
![]() |
| Kilka zdjęć ze studia, gdzie nagrywano Blues of Desperation |
![]() |
| Na koncertach Bonamassa daje niezłe show |
czwartek, 28 stycznia 2016
Recenzja Pink Freud - Pink Freud Plays Autechre
Nowa szósta już płyta studyjna zespołu Pink Freud trafiła na półki sklepowe 15 stycznia tego roku. Pink Freud plays Autechre- bo właśnie o niej mowa, sugeruje czym inspirowali się Panowie z PF: muzyką brytyjskiego zespołu Autechre, tworzącego głównie muzykę elektroniczną.
Zespół Autechre powstał w 1987 roku w Wielkiej Brytanii. Założył go duet, Rob Brown oraz Sean Booth. Obecnie postrzegany za zespół już kultowy. Ich twórczość to szeroko pojęta muzyka elektroniczna, IDM, muzyka eksperymentalna, ambient, a nawet muzyka abstrakcyjna. Ich brzmienie postrzegane jest jako oszczędne, chłodne, surowe, przestrzenne. Skierowane dla ludzi, lubiących takie 'ascetyczne' granie, dla niektórych ich twórczość może okazać się nie do przejścia. Ich muzyka z całą pewnością nie jest skierowana dla wszystkich. Specjalnością duetu jest tworzenie kompozycji o skomplikowanym rytmie oraz eksperymentalnych sekwencjach elektronicznych. Muzyka Autechre dryfuje w uszach słuchacza, zatapiając nas w świecie mrocznej, zimnej muzyki stricte elektronicznej. Do tworzenia wykorzystują różnego rodzaju samplery, automaty perkusyjne, syntezatory czy miksery. Lubią wykorzystywać stary sprzęt i łączyć go z nowymi technologiami. Dyskografia Autechre to 11 albumów studyjnych, ostatni zatytułowany 'Exai' został wydany w 2013 roku.
Nowa płyta chłopaków z Pink Freud powstawała długo. Pomysł na nią pojawił się kilka lat temu. Głównym 'prowodyrem' tego przedsięwzięcia był Wojtek Mazolewski, dla którego muzyka Autechre stanowi inspirację od wielu wielu lat. Kto słucha muzyki Pink Freud albo kiedykolwiek słuchał, wie, że tworzą unikalny, niepowtarzalny rodzaj jazzu- dziki, nieokiełznany jazz, brzmiący bardzo nowocześnie ale bardzo mocno zakorzeniony w klasyce. Chłopaki z PF nie boją się eksperymentować, uwielbiają improwizować i ciągle poszukują czegoś nowego, czegoś co pozwoli im przekroczyć kolejną granice. Wcale więc nie zaskakuje fakt, ze nagrali właśnie taką płytę. Pierwsze nawiązanie do muzyki Autechre pojawiło się na płycie 'Monster of jazz' wydanej w 2010 roku, był to utwór 'Goz Quarter' duetu Autechre, nagrany w nowej nowocześnie brzmiącej jazzowej aranżacji. Od tego czasu minęło sporo czasu, a muzyka Autechre dalej grała w głowie wojowników z Pink Freud. Nagrać taki materiał, oparty na muzyce Autechre ale w sposób jazzowy z pewnością nie jest łatwo. Pewnie dlatego tyle musieliśmy czekać na ten materiał ale z całą pewnością było warto! Co ciekawe płyta Pink Freud plays Autechre miała swoją premierę na żywo dokładnie 6 kwietnia 2014 roku na festiwalu Tauron Nowa Muzyka w katowickim Jazz Klubie Hipnoza, w zasadzie był to występ przed festiwalowy tzw występ w ramach Before Tauron Nowa Muzyka. Materiał był już więc gotowy w 2014 roku, zresztą jak mówią sami muzycy, muzyka na Pink Freud plays Autechre powstała wyłącznie ze słuchu, bez spisywania. Efekt grania ze słuchu i improwizacji. To tym bardziej czyni ten materiał bardziej niezwykłym.
Po pierwszych dźwiękach nowej płyty, kiedy dostałam wręcz gęsiej skórki wiedziałam, że nagrali perełkę.
Kilka zdjęć z koncertu Pink Freud, który odbył się 19 marca 2015 w Starym Klasztorze we Wrocławiu.
Jest jeszcze jedna rzecz. Muzykę Pink Freud znam i uwielbiam ale do napisania tej recenzji zbierałam się dosyć długo. A to dlatego, ze chciałam dobrze zapoznać się z twórczością Autechre. Wszystko dlatego, że... dotychczas ich muzyki nie znałam. To może być dziwne, bo ja przecież kocham taką muzykę... jakimś jednak cudem o Autechre dowiedziałam się dopiero dzięki chłopakom z Pink Freud i jestem im za to niezwykle wdzięczna. Wydaje mi się, że poniekąd taki był też być może zamysł zespołu PF, żeby 'zarazić' muzyką Autechre więcej osób i pokazać ją nowym słuchaczom. W moim przypadku się udało :)
Na płycie znalazło się 8 utworów z repertuaru Autechre, z płyt studyjnych: Incunabula ( 1993 ), Amber ( 1994 ), Chiastic Slide ( 1997 ) oraz z EP-ki Envane ( 1997 ).
Spis utworów na płycie Pink Freud plays Autechre:
1. Laughing Quarter
2. Goz Quarter
3. Cichlii
4. Basscadet
5. Pule
6. Bike
7. Montreal
8. Eggshell
Utwory na nowej płycie Pink Freud pochodzą głównie z pierwszych albumów Autechre, kiedy grali oni na kultowych już obecnie sprzętach np automat perkusyjny Roland TR-606. Muzykę tworzoną przez Autechre w duecie, Pink Freud przeniósł na cztery instrumenty: perkusję, gitarę basową, trąbkę oraz saksofon barytonowy. Słuchając aranżacji Pink Freud mam wrażenie, że najwięcej pracy wykonuje sekcja rytmiczna, w szczególności perkusista- Rafał Klimczuk, który musi przenieść niekiedy bardzo skomplikowaną rytmizacje Autechre na perkusję. Przez praktycznie całą płytę, jego gra jest niczym wystrzały z karabinu maszynowego. Przekłada się to na rytm, dziki i szaleńczy, tworzony przez perkusję i bas, w którym słychać rozmowę trąbki z saksofonem barytonowym. Na plecach ciarki ! Struktura utworów jest wierna oryginałom jednak wykonanie na instrumentach jazzowych brzmi niezwykle, momentami słychać prawdziwe 'smaczki' i detale, które niesamowicie wzbogacają oryginalne kompozycje Autechre. Moim ulubionym utworem na płycie, który pokazuje właśnie taki pazur Pink Freud jest Montreal. Mniej więcej w połowie, w niejako punkcie kulminacyjnym saksofon barytonowy zaczyna wibrować, pulsować, ma się wrażenie, ze muzyka ulatuje w powietrze. Z całą pewnością ta wierność oryginałom to hołd ekipy Wojtka Mazolewskiego zespołowi Autechre, udało im się też w tą muzykę wpompować jazzową duszę, tchnąć w nią zupełnie nowe uczucia i emocje. Utwór Bike, niby strukturalnie oparty na oryginale, ale niesamowicie rozbudowany, brzmi zupełnie inaczej, mocny bas, tłucząca się perkusja, niski- posępny ton barytonu i dźwięki trąbki tworzą z tego kawałka jakąś kompletnie inną historię.
Dla porównania wrzucam Bike w wersji oryginalnej Autechre i w wersji Pink Freud, polecam przesłuchać najpierw oryginał, a później wersję Pink Freud :)
Niejako kompozycje Autechre w wykonaniu Pink Freud wydają się dostępniejsze dla słuchacza, 'cieplejsze'. Oprócz instrumentów klasycznych, muzycy PF dobudowują również przestrzenie dźwiękowe za pomocą różnego rodzaju gadżetów elektronicznych, stosują np syntezator czy pogłos. To jednak instrumenty, na których grają na co dzień pełnią rolę pierwszoplanową. Co jest ciekawe to fakt, że płyta ta została nagrana na żywo. Podczas koncertu w Katowickiej Hipnozie, o którym wspominałam wcześniej. O fakcie, że płyta została nagrana na żywo dowiadujemy się dopiero pod jej koniec, kiedy słychać publiczność, w utworze Eggshell. Pomimo bardzo trudnego materiału, słuchając płyty ma się wrażenie, że muzycy czują się jak przysłowiowe ryby w wodzie. Teraz trzeba tylko czekać, aż wyruszą ze swoją muzyką Autechre w trasę koncertową- a to podobno już niedługo :)
Ta płyta to coś zupełnie nowego w polskim jazzie. Przede wszystkim jest to muzyka inspirowana zespołem Autechre- grającym IDM ( Intelligent Dance Music ) oraz muzykę elektroniczną, a zagrana i brzmiąca jak przepiękny nowoczesny jazz. Muzycy Pink Freud pokazali po raz kolejny jakimi są muzykami- prawdziwymi wizjonerami, eksploratorami muzycznymi nie bojącymi się podejmować nowych, trudnych wyzwań. Tą płytą rzeczywiście pokazali, że muzyka nie ma ram i ograniczeń gatunkowych. Z całą pewnością mogę stwierdzić, że płyta Pink Freud plays Autechre może się spodobać zarówno ich fanom, jak i słuchaczom muzyki Autechre. Jest to muzyka dla fanów nowoczesnego jazzu, dla fanów muzyki industrialnej, muzyki elektronicznej, dla wszystkich tych, którzy poszukują na co dzień nowoczesnego brzmienia. Pink Freud plays Autechre, to muzyka, która ulatuje, wibruje, rozedrgana, gdzieś w przestrzeni. Polecam Wam kochani bardzo gorąco, projekt innowacyjny, płytę trzeba mieć koniecznie, bo jest to muzyka, która niszczy granice pomiędzy gatunkami i pokazuje to co w niej najpiękniejsze: wolność, otwartość i emocjonalność- która ma wiele źródeł.
Warszawski koncert Pink Freud, na którym zagrali materiał z nowej płyty. Na początku cudowny Montreal :)
Zespół Autechre powstał w 1987 roku w Wielkiej Brytanii. Założył go duet, Rob Brown oraz Sean Booth. Obecnie postrzegany za zespół już kultowy. Ich twórczość to szeroko pojęta muzyka elektroniczna, IDM, muzyka eksperymentalna, ambient, a nawet muzyka abstrakcyjna. Ich brzmienie postrzegane jest jako oszczędne, chłodne, surowe, przestrzenne. Skierowane dla ludzi, lubiących takie 'ascetyczne' granie, dla niektórych ich twórczość może okazać się nie do przejścia. Ich muzyka z całą pewnością nie jest skierowana dla wszystkich. Specjalnością duetu jest tworzenie kompozycji o skomplikowanym rytmie oraz eksperymentalnych sekwencjach elektronicznych. Muzyka Autechre dryfuje w uszach słuchacza, zatapiając nas w świecie mrocznej, zimnej muzyki stricte elektronicznej. Do tworzenia wykorzystują różnego rodzaju samplery, automaty perkusyjne, syntezatory czy miksery. Lubią wykorzystywać stary sprzęt i łączyć go z nowymi technologiami. Dyskografia Autechre to 11 albumów studyjnych, ostatni zatytułowany 'Exai' został wydany w 2013 roku.
Nowa płyta chłopaków z Pink Freud powstawała długo. Pomysł na nią pojawił się kilka lat temu. Głównym 'prowodyrem' tego przedsięwzięcia był Wojtek Mazolewski, dla którego muzyka Autechre stanowi inspirację od wielu wielu lat. Kto słucha muzyki Pink Freud albo kiedykolwiek słuchał, wie, że tworzą unikalny, niepowtarzalny rodzaj jazzu- dziki, nieokiełznany jazz, brzmiący bardzo nowocześnie ale bardzo mocno zakorzeniony w klasyce. Chłopaki z PF nie boją się eksperymentować, uwielbiają improwizować i ciągle poszukują czegoś nowego, czegoś co pozwoli im przekroczyć kolejną granice. Wcale więc nie zaskakuje fakt, ze nagrali właśnie taką płytę. Pierwsze nawiązanie do muzyki Autechre pojawiło się na płycie 'Monster of jazz' wydanej w 2010 roku, był to utwór 'Goz Quarter' duetu Autechre, nagrany w nowej nowocześnie brzmiącej jazzowej aranżacji. Od tego czasu minęło sporo czasu, a muzyka Autechre dalej grała w głowie wojowników z Pink Freud. Nagrać taki materiał, oparty na muzyce Autechre ale w sposób jazzowy z pewnością nie jest łatwo. Pewnie dlatego tyle musieliśmy czekać na ten materiał ale z całą pewnością było warto! Co ciekawe płyta Pink Freud plays Autechre miała swoją premierę na żywo dokładnie 6 kwietnia 2014 roku na festiwalu Tauron Nowa Muzyka w katowickim Jazz Klubie Hipnoza, w zasadzie był to występ przed festiwalowy tzw występ w ramach Before Tauron Nowa Muzyka. Materiał był już więc gotowy w 2014 roku, zresztą jak mówią sami muzycy, muzyka na Pink Freud plays Autechre powstała wyłącznie ze słuchu, bez spisywania. Efekt grania ze słuchu i improwizacji. To tym bardziej czyni ten materiał bardziej niezwykłym.
Po pierwszych dźwiękach nowej płyty, kiedy dostałam wręcz gęsiej skórki wiedziałam, że nagrali perełkę.
Kilka zdjęć z koncertu Pink Freud, który odbył się 19 marca 2015 w Starym Klasztorze we Wrocławiu.
![]() |
| Na saksofonie barytonowym napewno nie jest łatwo grać. A tak jak gra on to wielki szacunek ! Karol Gola ! |
![]() |
| Żywioł sceniczny... |
![]() |
| Lider- wielka osobowość sceniczna, wspaniały muzyk i wieczny poszukiwacz nowych muzycznych brzmień. Wojciech Mazolewski ! |
![]() |
| Mój egzemplarz Monster of Jazz z autografem Wojtka Mazolewskiego :) |
![]() |
| Pink Freud to jazzowy wulkan energii, ich koncerty są niepowtarzalne. Wszyscy skaczą i dziko przeżywają płynącą muzykę. Po muzykach widać, że grając na żywo, czują się jak ryby w wodzie :) |
Jest jeszcze jedna rzecz. Muzykę Pink Freud znam i uwielbiam ale do napisania tej recenzji zbierałam się dosyć długo. A to dlatego, ze chciałam dobrze zapoznać się z twórczością Autechre. Wszystko dlatego, że... dotychczas ich muzyki nie znałam. To może być dziwne, bo ja przecież kocham taką muzykę... jakimś jednak cudem o Autechre dowiedziałam się dopiero dzięki chłopakom z Pink Freud i jestem im za to niezwykle wdzięczna. Wydaje mi się, że poniekąd taki był też być może zamysł zespołu PF, żeby 'zarazić' muzyką Autechre więcej osób i pokazać ją nowym słuchaczom. W moim przypadku się udało :)
Na płycie znalazło się 8 utworów z repertuaru Autechre, z płyt studyjnych: Incunabula ( 1993 ), Amber ( 1994 ), Chiastic Slide ( 1997 ) oraz z EP-ki Envane ( 1997 ).
Spis utworów na płycie Pink Freud plays Autechre:
![]() |
| Pink Freud plays Autechre |
2. Goz Quarter
3. Cichlii
4. Basscadet
5. Pule
6. Bike
7. Montreal
8. Eggshell
Utwory na nowej płycie Pink Freud pochodzą głównie z pierwszych albumów Autechre, kiedy grali oni na kultowych już obecnie sprzętach np automat perkusyjny Roland TR-606. Muzykę tworzoną przez Autechre w duecie, Pink Freud przeniósł na cztery instrumenty: perkusję, gitarę basową, trąbkę oraz saksofon barytonowy. Słuchając aranżacji Pink Freud mam wrażenie, że najwięcej pracy wykonuje sekcja rytmiczna, w szczególności perkusista- Rafał Klimczuk, który musi przenieść niekiedy bardzo skomplikowaną rytmizacje Autechre na perkusję. Przez praktycznie całą płytę, jego gra jest niczym wystrzały z karabinu maszynowego. Przekłada się to na rytm, dziki i szaleńczy, tworzony przez perkusję i bas, w którym słychać rozmowę trąbki z saksofonem barytonowym. Na plecach ciarki ! Struktura utworów jest wierna oryginałom jednak wykonanie na instrumentach jazzowych brzmi niezwykle, momentami słychać prawdziwe 'smaczki' i detale, które niesamowicie wzbogacają oryginalne kompozycje Autechre. Moim ulubionym utworem na płycie, który pokazuje właśnie taki pazur Pink Freud jest Montreal. Mniej więcej w połowie, w niejako punkcie kulminacyjnym saksofon barytonowy zaczyna wibrować, pulsować, ma się wrażenie, ze muzyka ulatuje w powietrze. Z całą pewnością ta wierność oryginałom to hołd ekipy Wojtka Mazolewskiego zespołowi Autechre, udało im się też w tą muzykę wpompować jazzową duszę, tchnąć w nią zupełnie nowe uczucia i emocje. Utwór Bike, niby strukturalnie oparty na oryginale, ale niesamowicie rozbudowany, brzmi zupełnie inaczej, mocny bas, tłucząca się perkusja, niski- posępny ton barytonu i dźwięki trąbki tworzą z tego kawałka jakąś kompletnie inną historię.
Dla porównania wrzucam Bike w wersji oryginalnej Autechre i w wersji Pink Freud, polecam przesłuchać najpierw oryginał, a później wersję Pink Freud :)
Niejako kompozycje Autechre w wykonaniu Pink Freud wydają się dostępniejsze dla słuchacza, 'cieplejsze'. Oprócz instrumentów klasycznych, muzycy PF dobudowują również przestrzenie dźwiękowe za pomocą różnego rodzaju gadżetów elektronicznych, stosują np syntezator czy pogłos. To jednak instrumenty, na których grają na co dzień pełnią rolę pierwszoplanową. Co jest ciekawe to fakt, że płyta ta została nagrana na żywo. Podczas koncertu w Katowickiej Hipnozie, o którym wspominałam wcześniej. O fakcie, że płyta została nagrana na żywo dowiadujemy się dopiero pod jej koniec, kiedy słychać publiczność, w utworze Eggshell. Pomimo bardzo trudnego materiału, słuchając płyty ma się wrażenie, że muzycy czują się jak przysłowiowe ryby w wodzie. Teraz trzeba tylko czekać, aż wyruszą ze swoją muzyką Autechre w trasę koncertową- a to podobno już niedługo :)
Ta płyta to coś zupełnie nowego w polskim jazzie. Przede wszystkim jest to muzyka inspirowana zespołem Autechre- grającym IDM ( Intelligent Dance Music ) oraz muzykę elektroniczną, a zagrana i brzmiąca jak przepiękny nowoczesny jazz. Muzycy Pink Freud pokazali po raz kolejny jakimi są muzykami- prawdziwymi wizjonerami, eksploratorami muzycznymi nie bojącymi się podejmować nowych, trudnych wyzwań. Tą płytą rzeczywiście pokazali, że muzyka nie ma ram i ograniczeń gatunkowych. Z całą pewnością mogę stwierdzić, że płyta Pink Freud plays Autechre może się spodobać zarówno ich fanom, jak i słuchaczom muzyki Autechre. Jest to muzyka dla fanów nowoczesnego jazzu, dla fanów muzyki industrialnej, muzyki elektronicznej, dla wszystkich tych, którzy poszukują na co dzień nowoczesnego brzmienia. Pink Freud plays Autechre, to muzyka, która ulatuje, wibruje, rozedrgana, gdzieś w przestrzeni. Polecam Wam kochani bardzo gorąco, projekt innowacyjny, płytę trzeba mieć koniecznie, bo jest to muzyka, która niszczy granice pomiędzy gatunkami i pokazuje to co w niej najpiękniejsze: wolność, otwartość i emocjonalność- która ma wiele źródeł.
Warszawski koncert Pink Freud, na którym zagrali materiał z nowej płyty. Na początku cudowny Montreal :)
niedziela, 10 stycznia 2016
Muzyka z filmu Marzyciel ( Finding Neverland ) Jana A.P. Kaczmarka
Nie bez powodu na pierwszy ogień wybrałam właśnie ten
soundtrack. Piorunujące wrażenie na mnie wywołał zarówno film
jak i muzyka właśnie.
Film powstał w roku 2003, jego reżyserem jest Marc Forster, a główne role zagrali Johny Depp oraz Kate Winslet. W wielkim skrócie. Film opowiada historię szkockiego pisarza, dramaturga- Jamesa M.Barrie ( Johny Depp ), który zaprzyjaźnia się z czterema chłopcami, którzy stopniowo wywracają jego życie do góry nogami. Dzięki codziennemu przebywaniu ze sobą, fascynującym zabawom, chłopcy na nowo rozbudzą w dramaturgu dziecięcą wyobraźnię oraz wrażliwość. Zainspiruje go to do późniejszego stworzenia swojej najlepszej sztuki – Piotrusia Pana. O filmie nie będę się rozpisywała, jeżeli ktoś z czytających go do tej pory nie widział to jest to pozycja obowiązkowa. Ogląda się go jednym tchem, obraz pobudza do wielu refleksji, wzrusza i bawi jednocześnie. Przeznaczony jest chyba głównie dla dorosłych, którzy na nowo muszą odnaleźć w sobie dziecko- co w dzisiejszym świecie pełnym codziennego zabiegania, braku czasu i pędem za pieniądzem, jest tym bardziej ważne. Tyle o filmie, teraz o muzyce.
Dlaczego na samym początku wywlekam akurat tę płytę? Stara sprawa, ścieżka ma już ponad 10 lat, ja postanowiłam jednak niektórym o niej przypomnieć, a pozostałych, którzy jeszcze jej nie znają gorąco zachęcić do jej przesłuchania. Kolejny powód znajduje się w pierwszym poście jaki zamieściłam. Mianowicie płyta z kompilacją muzyki Jana Kaczmarka wykonywaną przez Leszka Możdżera 'Kaczmarek by Możdżer'. Na owej płycie znajdują się w sumie 4 utwory z Marzyciela- w ten sposób 'odkryłam' ów film i muzykę. Wspominałam już że 'Kaczmarek by Możdżer' to płyta, która otworzyła przede mną muzykę instrumentalną- muzykę filmową oraz jazz. Wreszcie tytuł i główna postać w filmie: Marzyciel- bujający w obłokach, żyjący w swoim świecie wyobraźni i piękna, patrzący na świat oczami dziecka- nieustannie zafascynowany i cieszący się z małych rzeczy. Tytułowy marzyciel to ja. Ostatni powód jest bardzo prosty, dotychczas muzykę z Marzyciela słuchałam w internecie, jednak ostatnio przez zupełny przypadek płytę kupiłam- musiałam więc o niej napisać- to był znak :)
Muzykę do Marzyciela skomponował nasz rodak- Jan A.P. Kaczmarek, na stałe mieszkający w Stanach Zjednoczonych- jeden z największych kompozytorów muzyki filmowej w Polsce ale też świecie. Skomponował ścieżki dźwiękowe do takich filmów jak Quo Vadis, Niewierna, Hania czy Mój przyjaciel Hachiko. W sumie na swoim koncie ma ponad 50 soundtracków. Podobno muzykę do 'Marzyciela' chcieli skomponować James Horner czy Danny Elfman ( a więc znaczący twórcy muzyki filmowej), ostatecznie rola ta przypadła Panu Kaczmarkowi. I na całe szczęście ! Nasz rodak za muzykę do Marzyciela otrzymał w 2005 roku Oskara, całkowicie i absolutnie zasłużenie.
Ścieżka dźwiękowa składa się z 23 utworów, każdy z nich tworzy osobną opowieść, grane razem hipnotyzują słuchacza sprawiając, że nie można oderwać się od odtwarzacza. Łączny czas trwania to 58:35 minut. Orkiestra pod dyrekcją Nicka Ingmana, soliści: skrzypce- Clio Gould, fortepian- Leszek Możdżer, gitara oraz mandolina- John Paricelli oraz szkolny chór chłopięcy- Brompton Oratory School Choir.
Płytę rozpoczyna Where is Mr.Barrie?, który zaczyna się delikatną grą orkiestry wzbogaconą o dźwięk dzwoneczków oraz śpiew chóru- doskonale wprowadza nas w fabułę filmu oraz pozwala wyobrazić sobie głównego bohatera, Pana Barryego- wrażliwego artystę, dorosłego mężczyznę z naturą niesfornego dziecka. Dalej następuje The Park i do pozostałych instrumentów dołącza majestatyczny fortepian. Dancing with the Bear- utwór 3 na płycie, gdzie kompozytor oraz muzycy wyczarowali dźwiękami figlarność sceny, gdzie Barrie tańczy ze swoim psem w parku wyobrażając sobie, ze tańczy z niedźwiedziem. Następuje The Kite, bardzo powoli muzyka płynie, by w kulminacyjnym momencie dać upust emocjom obrazując scenę, kiedy jeden z chłopców po kilku próbach wzbił w powietrze latawiec. Utwór 6 Neverland- Piano variation in blue to solowy popis fortepianu, za którego klawiaturą zasiadł nie kto inny jak Leszek Możdżer- pianista wielokrotnie współpracujący z Janem Kaczmarkiem, dobór pianisty nie był przypadkowy, chyba tylko Możdżer mógł w taki sposób zinterpretować i zagrać ten utwór. Delikatna, wzruszająca melodia fortepianu w tym utworze jest głównym motywem na płycie mającym wprowadzić słuchacza do bajkowej krainy Nibylandii. Po tej wariacji następuje zabawny The Spoon on the nose z towarzyszeniem chóru oraz dalej The Pirates z bardzo mocnym udziałem instrumentów dętych przeplatanych dźwiękiem fletów oraz akordeonu, tworząc coś w rodzaju radosnego marszu na cześć zabawy dzieci w piratów. Następny utwór zdecydowanie spokojniejszy, obrazujący zupełnie inne emocje- The Marriage, smutne dźwięki harfy, fletów i oboju mają zobrazować nieudane małżeństwo głównego bohatera. Utwór 10- Children arrive znowu wprowadza nas w radosną atmosferę, powtarza się motyw fortepianowy z utworu Neverland- piano variation in blue, grany kilkakrotnie zaczynając wolno i stopniowo zwiększając tempo. Króciutki Drive to the cottage, muzyczna ilustracja podróży na wieś z dominującą rolą smyczków, fletów i dzwonków oraz The Peter Pan overture, gdzie bardzo mocno wkracza orkiestra z fletami na czele. Utwór symboliczny, obrazujący moment narodzenia się pomysłu na spektakl Piotruś Pan. Utwór 13 Peter, jest tak delikatny jak tytułowy Peter- chłopczyk poraniony, zbyt dojrzały jak na swój wiek, na końcu utworu nostalgicznie zaczyna fortepian i kontynuuje w kolejnych dwóch tematach. Impossible opening, tutaj na nowo rozbudza się uczucie radości powodowane swawolną grą Możdżera na fortepianie. Utwór ilustruje premierę spektaklu Piotruś Pan, na koniec przepięknie harfa, która nakreśla znowu główny motyw dźwiękowy ścieżki. The Rehearsal, flety, harfa, fortepian i delikatnie mandolina prowadzą nas do tematu 18 na ścieżce dźwiękowej- Neverland- Minor Piano Variation, gdzie znowu dominuje samotny fortepian. Bardzo obrazowy, utwór 20 This is Neverland, choroba matki chłopców i jej symboliczna podróż do Nibylandii ( jej śmierć)odtworzona została za pomocą gitary oraz wymownym dźwiękiem dzwonków na koniec. Atmosfera przemijania panuje również w kolejnym utworze- Why Does She Have To die? , tutaj do dominujących skrzypiec dołącza chór. Płytę wieńczy Forgotten overture, wspaniałe zakończenie, dominuje główny motyw muzyczny Nibylandii, gra fortepian, słychać również dzwonki, akompaniuje chór chłopięcy. Bardzo spektakularny i złożony koniec płyty.
Całość jest naprawdę wspaniała. Kaczmarek mistrzowsko pokazał wszystkie emocje, radość, euforię, spontaniczność, delikatność ale też smutek, twardą codzienność. To wszystko pokazał nam swoją muzyką, dodał do tego pierwiastek magiczny, który wyczarował na pewno dodając w utworach chociażby niepozorny dźwięk dzwonków. Wplótł w muzykę dziecięcą wrażliwość, udało mu się to na pewno dzięki chórowi. Ogromną rolę odgrywa fortepian i gra Leszka Możdżera, który gra z charakterystyczną dla siebie wrażliwością, delikatnością uderzań w klawisze, mistrzowsko buduje emocje. Ta płyta zapada w pamięć już po jednym przesłuchaniu. Bardzo serdecznie polecam słuchać jej wieczorem, najlepiej po zmierzchu, po ciężkim dniu w pracy. Może stać się tak, że pod wpływem tych dźwięków odwiedzimy naszą wewnętrzną Nibylandię. Nie ma się co wstydzić, każdy z nas dorosłych potrzebuje czasami pomarzyć i przypomnieć sobie nasze wewnętrzne dziecko. Ten film i muzyka jest o tym, że dzięki wyobraźni można przetrwać nawet największe zakręty naszej codzienności. Cóż Pani w dredach nigdy o tym nie zapomina i Wam też tego życzy :)
ps: z racji niedzieli- z reguły dnia raczej leniwego, polecam nie zwlekać i rozmarzyć się jeszcze dziś :)
Film powstał w roku 2003, jego reżyserem jest Marc Forster, a główne role zagrali Johny Depp oraz Kate Winslet. W wielkim skrócie. Film opowiada historię szkockiego pisarza, dramaturga- Jamesa M.Barrie ( Johny Depp ), który zaprzyjaźnia się z czterema chłopcami, którzy stopniowo wywracają jego życie do góry nogami. Dzięki codziennemu przebywaniu ze sobą, fascynującym zabawom, chłopcy na nowo rozbudzą w dramaturgu dziecięcą wyobraźnię oraz wrażliwość. Zainspiruje go to do późniejszego stworzenia swojej najlepszej sztuki – Piotrusia Pana. O filmie nie będę się rozpisywała, jeżeli ktoś z czytających go do tej pory nie widział to jest to pozycja obowiązkowa. Ogląda się go jednym tchem, obraz pobudza do wielu refleksji, wzrusza i bawi jednocześnie. Przeznaczony jest chyba głównie dla dorosłych, którzy na nowo muszą odnaleźć w sobie dziecko- co w dzisiejszym świecie pełnym codziennego zabiegania, braku czasu i pędem za pieniądzem, jest tym bardziej ważne. Tyle o filmie, teraz o muzyce.
Dlaczego na samym początku wywlekam akurat tę płytę? Stara sprawa, ścieżka ma już ponad 10 lat, ja postanowiłam jednak niektórym o niej przypomnieć, a pozostałych, którzy jeszcze jej nie znają gorąco zachęcić do jej przesłuchania. Kolejny powód znajduje się w pierwszym poście jaki zamieściłam. Mianowicie płyta z kompilacją muzyki Jana Kaczmarka wykonywaną przez Leszka Możdżera 'Kaczmarek by Możdżer'. Na owej płycie znajdują się w sumie 4 utwory z Marzyciela- w ten sposób 'odkryłam' ów film i muzykę. Wspominałam już że 'Kaczmarek by Możdżer' to płyta, która otworzyła przede mną muzykę instrumentalną- muzykę filmową oraz jazz. Wreszcie tytuł i główna postać w filmie: Marzyciel- bujający w obłokach, żyjący w swoim świecie wyobraźni i piękna, patrzący na świat oczami dziecka- nieustannie zafascynowany i cieszący się z małych rzeczy. Tytułowy marzyciel to ja. Ostatni powód jest bardzo prosty, dotychczas muzykę z Marzyciela słuchałam w internecie, jednak ostatnio przez zupełny przypadek płytę kupiłam- musiałam więc o niej napisać- to był znak :)
Muzykę do Marzyciela skomponował nasz rodak- Jan A.P. Kaczmarek, na stałe mieszkający w Stanach Zjednoczonych- jeden z największych kompozytorów muzyki filmowej w Polsce ale też świecie. Skomponował ścieżki dźwiękowe do takich filmów jak Quo Vadis, Niewierna, Hania czy Mój przyjaciel Hachiko. W sumie na swoim koncie ma ponad 50 soundtracków. Podobno muzykę do 'Marzyciela' chcieli skomponować James Horner czy Danny Elfman ( a więc znaczący twórcy muzyki filmowej), ostatecznie rola ta przypadła Panu Kaczmarkowi. I na całe szczęście ! Nasz rodak za muzykę do Marzyciela otrzymał w 2005 roku Oskara, całkowicie i absolutnie zasłużenie.
Ścieżka dźwiękowa składa się z 23 utworów, każdy z nich tworzy osobną opowieść, grane razem hipnotyzują słuchacza sprawiając, że nie można oderwać się od odtwarzacza. Łączny czas trwania to 58:35 minut. Orkiestra pod dyrekcją Nicka Ingmana, soliści: skrzypce- Clio Gould, fortepian- Leszek Możdżer, gitara oraz mandolina- John Paricelli oraz szkolny chór chłopięcy- Brompton Oratory School Choir.
Płytę rozpoczyna Where is Mr.Barrie?, który zaczyna się delikatną grą orkiestry wzbogaconą o dźwięk dzwoneczków oraz śpiew chóru- doskonale wprowadza nas w fabułę filmu oraz pozwala wyobrazić sobie głównego bohatera, Pana Barryego- wrażliwego artystę, dorosłego mężczyznę z naturą niesfornego dziecka. Dalej następuje The Park i do pozostałych instrumentów dołącza majestatyczny fortepian. Dancing with the Bear- utwór 3 na płycie, gdzie kompozytor oraz muzycy wyczarowali dźwiękami figlarność sceny, gdzie Barrie tańczy ze swoim psem w parku wyobrażając sobie, ze tańczy z niedźwiedziem. Następuje The Kite, bardzo powoli muzyka płynie, by w kulminacyjnym momencie dać upust emocjom obrazując scenę, kiedy jeden z chłopców po kilku próbach wzbił w powietrze latawiec. Utwór 6 Neverland- Piano variation in blue to solowy popis fortepianu, za którego klawiaturą zasiadł nie kto inny jak Leszek Możdżer- pianista wielokrotnie współpracujący z Janem Kaczmarkiem, dobór pianisty nie był przypadkowy, chyba tylko Możdżer mógł w taki sposób zinterpretować i zagrać ten utwór. Delikatna, wzruszająca melodia fortepianu w tym utworze jest głównym motywem na płycie mającym wprowadzić słuchacza do bajkowej krainy Nibylandii. Po tej wariacji następuje zabawny The Spoon on the nose z towarzyszeniem chóru oraz dalej The Pirates z bardzo mocnym udziałem instrumentów dętych przeplatanych dźwiękiem fletów oraz akordeonu, tworząc coś w rodzaju radosnego marszu na cześć zabawy dzieci w piratów. Następny utwór zdecydowanie spokojniejszy, obrazujący zupełnie inne emocje- The Marriage, smutne dźwięki harfy, fletów i oboju mają zobrazować nieudane małżeństwo głównego bohatera. Utwór 10- Children arrive znowu wprowadza nas w radosną atmosferę, powtarza się motyw fortepianowy z utworu Neverland- piano variation in blue, grany kilkakrotnie zaczynając wolno i stopniowo zwiększając tempo. Króciutki Drive to the cottage, muzyczna ilustracja podróży na wieś z dominującą rolą smyczków, fletów i dzwonków oraz The Peter Pan overture, gdzie bardzo mocno wkracza orkiestra z fletami na czele. Utwór symboliczny, obrazujący moment narodzenia się pomysłu na spektakl Piotruś Pan. Utwór 13 Peter, jest tak delikatny jak tytułowy Peter- chłopczyk poraniony, zbyt dojrzały jak na swój wiek, na końcu utworu nostalgicznie zaczyna fortepian i kontynuuje w kolejnych dwóch tematach. Impossible opening, tutaj na nowo rozbudza się uczucie radości powodowane swawolną grą Możdżera na fortepianie. Utwór ilustruje premierę spektaklu Piotruś Pan, na koniec przepięknie harfa, która nakreśla znowu główny motyw dźwiękowy ścieżki. The Rehearsal, flety, harfa, fortepian i delikatnie mandolina prowadzą nas do tematu 18 na ścieżce dźwiękowej- Neverland- Minor Piano Variation, gdzie znowu dominuje samotny fortepian. Bardzo obrazowy, utwór 20 This is Neverland, choroba matki chłopców i jej symboliczna podróż do Nibylandii ( jej śmierć)odtworzona została za pomocą gitary oraz wymownym dźwiękiem dzwonków na koniec. Atmosfera przemijania panuje również w kolejnym utworze- Why Does She Have To die? , tutaj do dominujących skrzypiec dołącza chór. Płytę wieńczy Forgotten overture, wspaniałe zakończenie, dominuje główny motyw muzyczny Nibylandii, gra fortepian, słychać również dzwonki, akompaniuje chór chłopięcy. Bardzo spektakularny i złożony koniec płyty.
Całość jest naprawdę wspaniała. Kaczmarek mistrzowsko pokazał wszystkie emocje, radość, euforię, spontaniczność, delikatność ale też smutek, twardą codzienność. To wszystko pokazał nam swoją muzyką, dodał do tego pierwiastek magiczny, który wyczarował na pewno dodając w utworach chociażby niepozorny dźwięk dzwonków. Wplótł w muzykę dziecięcą wrażliwość, udało mu się to na pewno dzięki chórowi. Ogromną rolę odgrywa fortepian i gra Leszka Możdżera, który gra z charakterystyczną dla siebie wrażliwością, delikatnością uderzań w klawisze, mistrzowsko buduje emocje. Ta płyta zapada w pamięć już po jednym przesłuchaniu. Bardzo serdecznie polecam słuchać jej wieczorem, najlepiej po zmierzchu, po ciężkim dniu w pracy. Może stać się tak, że pod wpływem tych dźwięków odwiedzimy naszą wewnętrzną Nibylandię. Nie ma się co wstydzić, każdy z nas dorosłych potrzebuje czasami pomarzyć i przypomnieć sobie nasze wewnętrzne dziecko. Ten film i muzyka jest o tym, że dzięki wyobraźni można przetrwać nawet największe zakręty naszej codzienności. Cóż Pani w dredach nigdy o tym nie zapomina i Wam też tego życzy :)
ps: z racji niedzieli- z reguły dnia raczej leniwego, polecam nie zwlekać i rozmarzyć się jeszcze dziś :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)












