Miałam przyjemność wziąć ostatnio udział w dwóch niesamowitych koncertach. A było to jak zanurzenie w dwóch oceanach możliwości, podróż w kosmos i z powrotem. Bo z całą pewnością na owych koncertach energii kosmicznej było mnóstwo! Mowa tutaj o koncercie zespołu Rebeka, który odbył się 12 listopada w klubie muzycznym Stary Klasztor we Wrocławiu. Dzień później z kolei odbył się koncert zespołu Wojtek Mazolewski Quintet we Wrocławskim klubie Alibi. Rebekę tworzy dwoje wspaniałych muzyków, Iwona Skwarek (wokal, keyboard, gitara elektryczna) oraz Bartosz Szczęsny (keyboard, syntezatory, gitara elektryczna). Niedawno wydali swój drugi studyjny krążek zatytułowany Davos. Na koncercie oprócz utworów z Davos, wybrzmiały również niesamowite kompozycje z płyty Hellada. Muzyka Rebeki to melodyjny, pulsujący electro pop. Są keyboardy, syntezatory, różne inne elektroniczne cuda, do tego gitary elektryczne i niezwykły wokal Iwony Skwarek. Koncert był bardzo energetyczny, momentami hipnotyzujące brzmienie, momentami tajemnicze, a pod koniec naprawdę mocno taneczne. Wszystko za sprawą tego niezwykle skromnego, pozytywnie zakręconego i zdolnego duetu muzyków, jeśli będziecie mieć kiedyś okazję iść na ich koncert to nie wahajcie się ani chwili, warto!
Kolejny dzień i zupełnie inny muzyczny biegun ! Wojtek Mazolewski Quintet ! Tego Pana nie trzeba nikomu przedstawiać, człowiek orkiestra, jedyny i niepowtarzalny, najelegantszy jazzowy chuligan w Polsce :) Zawsze kiedy we Wrocławiu gra zespół Pink Freud, lub jakikolwiek inny projekt Wojtka Mazolewskiego idę bez zastanowienia. Wojtek Mazolewski Quintet tworzą oprócz lidera na kontrabasie, Oskar Torok (trąbka), Marek Pospieszalski (saksofon tenorowy), Joanna Duda (instrumenty klawiszowe) oraz Kuba Janicki (perkusja). W przestrzeniach klubu Alibi usłyszeliśmy głównie utwory ze wspaniałej płyty Polka, wydanej w 2014 roku. Były to wersje nieco inne, aranżacje z płyty Polka Remixed, które za sprawą elektronicznego basu i wurlitzera brzmiały kosmicznie ! Muzycy grali z wielką namiętnością, pasją, energią, można rzec niegrzecznie? Jazz niejednemu kojarzy się z elegancją, harmonią, spokojem, co jeśli połączymy to wszystko i dodamy "pazur", taką właśnie niegrzeczność, zadziorność? Tak właśnie gra Wojtek Mazolewski Quintet, ich jazz rozsadził tego dnia mury Alibi. Zdjęcia z tych koncertów poniżej, Enjoy !
Bartosz Szczęsny/Rebeka, 12.11.2016 Stary Klasztor Wrocław
Iwona Skwarek, Bartosz Szczęsny/Rebeka, 12.11.2016 Stary Klasztor Wrocław
Iwona Skwarek/Rebeka, 12.11.2016 Stary Klasztor Wrocław
Kilka dni temu miałam przyjemność uczestniczyć w niezwykłym wydarzeniu. Mowa o festiwalu S16, który odbywał się w dniach 23-24 lipca nad Jeziorem Tarnobrzeskim. Była to pierwsza edycja festiwalu Siarki Ognia i Bębnów. Symbol S16, widniejący w nazwie tego wydarzenia pochodzi od symbolu siarki w układzie okresowym pierwiastków, 16 to liczba atomowa siarki. Dlaczego siarka? Tarnobrzeg stanowi największy w Polsce ośrodek wydobycia tego surowca w naszym kraju, zaś Jezioro Tarnobrzeskie powstało w miejscu dawnej kopalni odkrywkowej siarki "Machów". Jak to się stało, że wywiało mnie na festiwal aż na drugi koniec Polski? Po pierwsze bogaty program wydarzenia, obfitujący w koncerty, warsztaty, pokazy ogniowe, po drugie aspekt bębniarski, którego punktem kulminacyjnym miała być próba pobicia rekordu Guinnessa w łańcuchu osób grających na bębnach rękami. A więc stało się, rekord został pobity, zagrało 137 bębniarzy, w tym ja ciesząca się z tego faktu jak mało kto i Ola, moja niezawodna towarzyszka festiwalowa. Ola początkowo nieufnie nastawiona do bębnienia, po tym jak wręczyłam jej djembe, zagrała i w ten sposób zasiliła nasz łańcuch bębniarski. Po za tym nęciły mnie warsztaty, których w programie zaplanowano całe mnóstwo. Nieczęsto mam okazje sobie pobębnić, więc na S16 odbiłam to sobie z nawiązką, efekt sine ręce i uśmiech na twarzy :)
Zaczęło się od kilku-godzinnej podróży pociągiem z Wrocławia do Rzeszowa, po drodze niezliczona ilość pielgrzymów zmierzających na Światowe Dni Młodzieży do Krakowa, oraz co najmniej jedna (za to spora) i uciążliwa... grupa kolonijna wracająca z wakacji. Najważniejsze jednak zawsze i wszędzie...jest pozytywne nastawienie, wtedy nawet wrzeszczące dzieciaki przestają przeszkadzać. Później była jeszcze krótka przeprawa autobusowa z Rzeszowa do Tarnobrzegu i jesteśmy na miejscu... A tutaj niespodzianka, komunikacja miejska znikoma i akurat w okolice naszego miejsca noclegowego nic nie dojeżdżało... Co jak co, my z Olą poradzimy sobie jednak zawsze i wszędzie, pod nasz "Dworek pod Lipami" podwiózł nas bardzo sympatyczny Pan, który się nad nami zlitował. Perypetii komunikacyjnych było jeszcze dużo podczas naszych dwóch dni w Tarnobrzegu, łącznie z momentami niczym z filmów akcji ale szczegóły wolę zostawić dla siebie...;) Kiedy w sobotę dotarłyśmy w końcu nad Jezioro Tarnobrzeskie, na scenie szaleli na bębnach Panowie z zespołu Tiriba. To był dopiero początek, fani etnicznych brzmień powoli zaczęli gromadzić się pod sceną, usytuowaną w malowniczych okolicznościach Jeziora Tarnobrzeskiego. Drugi koncert tego dnia i gość naprawdę specjalny. Zagrali Słoma i D'Roots Brothers. Jerzy "Słoma" Słomiński, postać niezwykła, muzyk, architekt, jest uważany za prekursora gry na bębnach w Polsce. Współtworzył takie zespoły jak Brygada Kryzys, Osjan czy Izrael. D'Roots Brothers tworzą m.in synowie Słomy, tworząc razem przepiękne spotkanie pokoleniowe. Leżąc na trawie, wsłuchiwałam się w dźwięki płynące ze sceny. Koncert był syntezą melodii ethno, reggae, dało się słyszeć brzmienia zakorzenione w tradycji gatunku, jak i momenty czerpiące ze współczesności. Królowała harmonia i rytm. Kolejny koncert wieczoru i przeniesienie ciała i umysłu na inną planetę. Za sprawą Studium Instrumentów Etnicznych, zespół naprawdę liczny, instrumentarium tworzą różnego rodzaju bębny- djembe, dunduny, cajony, conga czy metalowe beczki. Oprócz bębnów, gitara basowa, trąbka, flet, didgeridoo, kalimba, gongi i pewnie jeszcze o czymś zapomniałam. Na czele zespołu stoi charyzmatyczny wokalista Piotr "Stiff" Stefański. Artyści występujący w Studium pochodzą z okolic Gór Świętokrzyskich, muzykę, którą tworzą określają jako tradycyjną tego rejonu, u podstawy której stoi trans. Przyznam szczerze, że ich koncert zrobił na mnie piorunujące wrażenie, ubrani w niezwykłe stroje, swoją muzyką zaczarowali wszystkich dookoła. Hipnotyczne miarowe bębnienie, psychodeliczne i często niepokojące teksty wyśpiewywane przez wokalistę rzeczywiście wprowadziły wszystkich obecnych w trans. Było coś w tej muzyce co niepokoiło i ciekawiło jednocześnie, dzikość zakrawała o szaleństwo. Strach mieszał się z entuzjazmem, bardzo emocjonalny folk, wyzwalający w ludziach tłumione i skrywane często, nieznane emocje.
Kiedy wszyscy wokół powoli zaczęli dochodzić do siebie, na scenie pojawił się zespół CBB Ensemble- Centrum Rytmu City Bum Bum. Skład zespołu tworzą muzycy z Polski i Senegalu, ich muzyka jest spotkaniem tradycji odrębnych kultur, połączeniem brzmienia takich instrumentów jak djembe, hang czy balafon, ze śpiewem wykonywanym w języku Wolof i Malinke. Ważną rolę w ich występie odegrał również widowiskowy taniec. CBB zafascynowany kulturą i muzyką zachodnioafrykańską tworzy muzykę z gatunku world music, zespół określa to co tworzy tak: "Starożytne dźwięki przyszłości. Do słuchania. Do tańczenia. Bez początku. Bez końca". Królował rytm, który zjednoczył artystów ze zgromadzoną publicznością. Kolejny zespół przeniósł nas w zupełnie inne rejony geograficzne jak i te muzyczne. Na scenę wkroczył Jose Torres&Havana Dreams. Zespół wykonuje tradycyjną muzykę kubańską. Zapanowała długa, mocno energetyczna kubańska fiesta, muzykom nie przeszkodziła nawet chwilowa awaria prądu. Wszyscy bez wyjątku poddali się tanecznym rytmom, wywodzącym się z gorącej Kuby. W trakcie koncertów na mniejszej scenie usytuowanej na jeziorze odbywały się niesamowite pokazy, m.in mody czy niezwykły pokaz tańca z ogniem. Zwieńczeniem wieczoru był koncert zespołu Tabu, którego niestety nie doczekałyśmy. Dla całej naszej trójki był to naprawdę długi dzień, nasze ciała mówiły basta. Zapomniałam dodać, ze w międzyczasie dołączyła do nas Ania, którą poznałam na tegorocznym Enter Music Festival. Ania do Tarnobrzega przyjechała aż z okolic Gdyni, pokonała więc prawie całą Polskę by znaleźć się na S16 :)
Drugiego dnia wyruszyłyśmy nad jezioro jeszcze przed południem. Zaopatrzona w djembe i niesiona silną potrzebą, żeby w końcu porządnie sobie pobębnić wystrzeliłam prosto na warsztaty bębniarskie. Warsztaty prowadzili Ricky Lion, Amadou Fola oraz Foliba, fajnie było pobębnić we wspólnym gronie :) Od 15-tej na Tarnobrzeskiej scenie znowu zabrzmiała muzyka, jako pierwszy tego dnia wystąpił Ricky Lion, wokalista i bębniarz pochodzący z Konga. Tuż po nim na scenie wystąpił zespół Moribayassa wraz z Amadou Folą. Zespół Moribayassa tworzy grupka przyjaciół zafascynowanych kulturą i muzyką zachodnioafrykańską. Amadou Fola to pochodzący z Senegalu, na stałe mieszkający w Warszawie, multiinstrumentalista, kompozytor i wokalista. Zabrzmiały takie instrumenty jak djembe, dundun, sangban czy kora. Występ był potężną dawką energii i pozytywnych wibracji, brzmienie bębnów, potężne, transowe, do tego wszystkiego żywiołowe tańce. Nie muszę chyba mówić co się działo pod sceną :) Moim największym muzycznym "odkryciem" festiwalu był jednak zespół Sango, który zagrał po Moribayassie i Amadou Foli. Ideą Sango jest patrzenie na kulę ziemską, jako zintegrowaną wspólnotę, ich muzyka wpisuje się w szeroko pojęty nurt world music.
Członkowie Sango przekazują nam swoje przeżycia z podróży po najdalszych zakątkach naszej planety, snują opowieść o świecie za pomocą muzyki. Wykorzystując przy tym spektakularną ilość instrumentów etnicznych, wzbogacanych o efekty syntezatorowe oraz brzmienia jazzowe. Kosmiczny mistycyzm emanujący z dźwięków, które tworzą uduchawiają człowieka. Sango- to była przyjemność Was słyszeć :) Krótka przerwa koncertowa, która później nastąpiła, spowodowana była przygotowaniem do bicia Rekordu Guinessa w grze na bębnach rękami. Uczestniczyć w biciu rekordu mógł każdy, wystarczyło mieć tylko bęben (jakikolwiek) i pozytywne nastawienie. Utworzyliśmy dłuuuugi łańcuch składający się z bębniarzy i bębniarek w każdym wieku. Rekord prowadzili Panowie z zespołu Drum Work. Krótka nauka prostego rytmu i rozpoczęło się bicie rekordu. Każdy uczestnik po kolei wystukiwał rytm, czuć było zaangażowanie i ekscytację, w powietrzu zaś czuć było potężne wibracje. Udało się, 137 osób wybębniło rekord, a swoją cegiełkę dołożyłam również ja i Ola.
Kiedy emocje związane z rekordem nieco opadły, nastąpiła jazzowa część festiwalu- na którą zresztą czekałam najbardziej :) Na scenie pojawiła się młodziutka basistka Kinga Głyk, ze swoim kwartetem, w tym na perkusji jej ojciec Ireneusz Głyk. W tak młodym wieku nie można tak dobrze grać ! Kinga ma zaledwie 19 lat, ale jej talent i wrażliwość muzyczna stawia ją obok największych basistów. Najważniejsze serwisy i czasopisma jazzowe okrzyknęły artystkę, jako najbardziej utalentowaną basistkę młodego pokolenia. I nie ma w tym grama przesady. Kinga gra rasowo, a jej muzykę niesie duch swingu. Zagrała głównie swoje kompozycje, repertuar pokrywał się z materiałem koncertowym wydanym w tym roku- Happy Birthday Live. Oprócz swoich własnych kompozycji, zagrała m.in znamienny cover piosenki Erica Claptona- Tears In Heaven. Kolejny koncert tego dnia, był tym, na który czekałam oczywiście najbardziej :) Jego muzyka chyba nigdy mi się nie znudzi, dla niego mogę przejechać nawet całą Polskę, bo tak podpowiada mi serce. Chodzi oczywiście o Leszka Możdżera, który na S16 festival zagrał z Diterem Ilgiem na basie i Ericiem Allenem na perkusji. Był to ich drugi publiczny występ w tym składzie, trio powstało w tym roku, zaprezentowali materiał skomponowany przez Leszka i dedykowany pianistom, którzy stanowią dla niego inspirację na muzycznej drodze. Drugie publiczne wykonanie i drugi raz, kiedy miałam przyjemność wysłuchać ich na żywo. Pierwszy nastąpił podczas tegorocznego Enter Music Festival. Ponieważ znałam już te kompozycje, miałam pewne obawy czy aby napewno ta muzyka przypadnie do serca festiwalowej publiczności. Wszak po takiej dawce energetycznego folku, ethno i reggae, nastąpił koncert jazzowy przez wielkie J. Koncert w duchu Chopina, Chicka Corei, Antonio Carlosa Jobima czy Nana Vasconcelosa. Obawy na szczęście bezzasadne, wszystkie miejsca zostały zajęte, a publiczność skupiona, zasłuchana, burze oklasków po każdym utworze. Tak to już chyba jest, że jazz emanuje specyficzną energią, która otula słuchaczy, obezwładnia. Ja sama spędziłam ten koncert w swego rodzaju odrętwieniu, hipnozie, moja dusza uniosła się gdzieś wysoko. Takie rzeczy dzieją się ze mną na każdym koncercie Leszka, tylko on tak potrafi grać. Wydaje mi się też, że ten koncert był lepszy niż ten z Enteru. Premierowe wykonanie niesie ze sobą potężny stres, który zniknął na festiwalu S16. Było więcej swobody i spontaniczności. Leszek Możdżer / Dieter Ilg / Eric Allen- dziękuję ! Później na scenie pojawił się jeszcze zespół Foliba, na którym finalnie nie byłyśmy. Zostałyśmy bowiem rozochocone wieścią o odbywających się warsztatach chodzenia po ogniu, warsztaty były, chodzenie po ogniu też- ostatecznie jednak żadna z nas nie zdecydowała się na ognisty spacer, cóż może innym razem :) Tak też zakończyła się dla nas pierwsza edycja festiwalu S16, nad przepięknym Jeziorem Tarnobrzeskim, następnego dnia czekał nas powrót do codzienności.
Cóż Drodzy organizatorzy, S16 to była naprawdę piękna podróż i wspaniałe spotkania. Mam nadzieję, że festiwal na stałe zagości nad Jeziorem Tarnobrzeskim. Za S16 przemawiają przepiękne okoliczności przyrody, wspaniała muzyka i naprawdę niezwykli ludzie. A tych spotkałam wielu, wyjątkowi, kolorowi, uśmiechnięci- święto ludzi, którzy kochają muzykę i mają naprawdę piękne wnętrza. Czułam się z Wami wspaniale :) Dodam jeszcze tylko, że od strony organizacyjnej również wielki plus. Tak bogaty program i nagromadzenie różnego rodzaju atrakcji spowodowało, że każdy znalazł na S16 coś dla siebie. Trzymam kciuki za kolejne edycje, do zobaczenia za rok ! paniwdredach
Za wyjątkiem ostatniego zdjęcia, wszystkie pozostałe są autorstwa Radka Delimata - radfoto.pl
Pani w dredach na poważnie bije rekord :) Zdjęcie pochodzi ze strony nadwisla24.pl
Jeszcze dobrze nie opadły emocje, serce wciąż wraca wspomnieniami na Plac Wolności, przed oczami wciąż masa ludzi- ubranych w przeróżne koszulki, pstrokate, kolorowe, czarne, białe... mianownikiem wspólnym we wszystkich przypadkach była ukryta na nich nazwa zespołu- Pink Floyd, lub też bohatera wieczoru- wokalisty i gitarzysty- Davida Gilmoura. W głowie wciąż szumią jeszcze fragmenty utworów Floydów, czasami zdarza się coś nucić pod nosem. Plac przed Narodowym Forum Muzyki, stał się niegdyś Placem Wolności za sprawą Napoleona, 25 czerwca 2016 roku wolność, tym razem wypływająca z czystej radości obcowania z muzyką, naznaczyła to miejsce już na zawsze- za sprawą niezwykłego występu Davida Gilmoura i zaproszonych przez niego muzyków. Bo odtąd z pewnością będziemy kojarzyć to Wrocławskie miejsce nie tylko z pobliskiego budynku Narodowego Forum Muzyki, ale z tym magicznym koncertem właśnie. Miejsce wybrał sam David Gilmour, który przyjął zaproszenie władz miasta i swoim występem uświetnił obchody Europejskiej Stolicy Kultury 2016. Kontrowersji co do wyboru miejsca było wiele, najwięcej wątpliwości wzbudzała powierzchnia Placu- mogąca pomieścić "jedynie" 20 000 osób. Mówię jedynie, bo np. w koncercie Gilmoura, który miał miejsce 10 lat temu w Stoczni Gdańskiej wzięło udział około 100 000 fanów...Jakże więc jestem wdzięczna, że udało mi się cudem kupić bilet i znaleźć się wśród tej garstki szczęśliwców. Bilety rozeszły się w ciągu kilku godzin...
David Gilmour we Wrocławiu. Fotografia- BTW Photographers
W dniu koncertu cały dzień wyczekiwałam wieczoru, godziny dłużyły się w nieskończoność... Od godziny 18-tej czekałam już pod jedną z bramek, na teren koncertu zaczęto wpuszczać o godzinie 19-tej. O godzinie 21-tej, na scenie pojawił się gość specjalny koncertu- pianista Leszek Możdżer. Jeśli ktoś jeszcze jakimś cudem tego nie wie- Leszka kocham ponad życie, więc z nieukrywaną błogością wysłuchałam jego występu. Zagrał kilka swoich kompozycji, m.in Incognitor czy Polskę, a także na koniec utwór Witolda Lutosławskiego- Etiudę Nr 2. W międzyczasie niebo nad Narodowym Forum Muzyki (wcześniej zakryte burzowymi chmurami) okryło się znów pięknym bezchmurnym błękitem. Leszek grał, muzyka unosiła się w niebiosa, a po niebie latały ptaki- zwabione dźwiękami?
Punktualnie o godzinie 21 45 na scenie pojawił się David Gilmour, towarzyszący mu muzycy oraz Orkiestra Symfoniczna Narodowego Forum Muzyki- którą tego dnia dyrygował Zbigniew Preisner. Koncert rozpoczęły trzy pierwsze utwory z ostatniej płyty artysty- 5 A.M., tytułowy Rattle That Lock oraz przepiękny balladowy Faces Of Stone. Później wybrzmiał Floydowski klasyk- Wish You Were Here, niektórzy fani wokół mnie śpiewali, u niektórych pojawiły się pierwsze łzy wzruszenia. Myślę, że tak naprawdę to tym utworem na dobre rozpoczął się koncert- kumulowane przez cały dzień emocje znalazły w końcu swoje ujście. Tego wieczoru David Gilmour przeplatał utwory ze swojej ostatniej płyty Rattle That Lock, poprzedniej On An Island, a także kilkanaście utworów z repertuaru Pink Floyd. Usłyszeliśmy między innymi: Money, High Hopes, Shine On You Crazy Diamond, Coming Back To Life, a na bis nieśmiertelny Comfortably Numb. Każdy kolejny utwór i rozpoczynające go akordy wywoływały salwy zachwytu, gwizdów, oklasków- muzyczny stan najwyższego z możliwych uniesienia, tak bym określiła to co działo się wokół mnie.
David Gilmour we Wrocławiu. Fotografia- BTW Photographers
David Gilmour we Wrocławiu. Fotografia- BTW Photographers
Całą setlistę z tego wieczoru znajdziecie tutaj. Moją uwagę szczególnie zwróciły dwa utwory, naładowany basem i przestrzenią-One Of These Days, który tego dnia miał swój debiut koncertowy w zespole Gilmoura. Kolejny utwór to The Girl In The Yellow Dress- w którym gościnnie zagrał Leszek Możdżer, wybór oczywisty bo utwór o niezwykle jazzowym charakterze. Koncert był podzielony na dwie części- łącznie były to 23 utwory, ponad trzy godziny grania...To niesamowity wyczyn, w wieku 70 lat być w takiej formie. A David Gilmour przez kilka godzin, śpiewał, grał i nadzorował to wspaniałe wizualno-muzyczne widowisko, jak gdyby nie kosztowało go to żadnej energii. Obserwując jak gra na gitarze, miałam wrażenie, że każdy akord, każdą nutę i każdy chwyt traktuje z niewyobrażalnym pietyzmem i delikatnością- każde szarpnięcie gitarowymi strunami znaczyło jego twarz wachlarzem emocji. Mimo wielu lat na scenie, ze stoickim spokojem i profesjonalizmem, Gilmour z wydawać by się mogło łatwością, dźwiga na swoich barkach brzemię bycia liderem. Brzemię niezwykle odpowiedzialne, bo presja ogromna, gitarzysta zaprezentował nam wielką wirtuozerię i budowany przez lata kunszt, jednocześnie było wiele momentów, kiedy emocje brały nad nim samym górę i widać było jak granie sprawia mu dziecięcą wręcz radość. Bo to był niezwykle ważny wieczór, nie tylko dla fanów, ale również dla samego Gilmoura- to było po prostu widać. Nie mówił nawet za dużo, a jeśli już to przedstawiał swój zespół, a także dziękował za zaproszenie. Koncert odbywał się na olbrzymiej scenie, punktem centralnym był charakterystyczny okrągły ekran, znany choćby z trasy Pulse Pink Floydów. Podczas niektórych utworów, wyświetlano na nim charakterystyczne animacje, czasem pokazywano zbliżenia muzyków. Wspaniałe efekty wizualne dawały również światła. Podczas bisów niebo rozświetlił wspaniały, imponujący pokaz laserów, Gilmour chyba ukrywał je przed nami cały wieczór- by na koniec strugi laserów przecięły feerią kolorów mroczną czerń nieba- obowiązkowy wręcz wystrzał różnokolorowych świateł podczas wykonywania utworu Breathe. Koncert był zrealizowany na niezwykle wysokim poziomie, zdumiała mnie też świetna akustyka tego miejsca, nagłośnienie było niesamowite.
David Gilmour we Wrocławiu. Fotografia- BTW Photographers
Sobotni wieczór na Placu Wolności we Wrocławiu był muzycznym misterium, bo zwyczajnie nie wypada traktować go jak kolejnego koncertu. Ponad trzy godziny, wypełnione muzyką były jak modlitwa i pełna wzniosłych chwil uczta dla fanów. Bo oto z każdej strony, wszyscy dookoła to śpiewali razem z Davidem, to płakali, jedni stali nieruchomo- zasłuchani, a inni dawali w inny sposób upust emocjom- jedno jest pewne każdy dla każdego tego wieczoru był bratem/siostrą- a spoiwem jednoczącym stała się muzyka zespołu Pink Floyd i Davida Gilmoura. Po raz kolejny, za sprawą muzyki, zatarły się granice pokoleniowe- różnica wiekowa fanów była ogromna. Ale czemuż się temu dziwić, nie trzeba raczej nikogo przekonywać o tym jakie znaczenie dla historii muzyki wywarła grupa Pink Floyd. Dlatego do wielkiej rodziny fanów co roku dołączają coraz to młodsi, nie ma nawet znaczenia, że muzyka Floydów- już nie najmłodsza i do najłatwiejszych nie należy. Każdy przeżył ten koncert inaczej, w swoim sercu- napewno dla wszystkich był to wieczór absolutnie wyjątkowy, w powietrzu czuć było magię.
Z wyjątkiem pierwszego i ostatniego, wszystkie zdjęcia zamieszczone w tym poście, pochodzą ze strony BTW Photographers.
Enter Enea Festival 2016 już za nami ! Tegoroczna szósta już edycja, odbywała się w dniach 24-25 maja, tradycyjnie już na plaży przy jeziorze Strzeszyńskim w Poznaniu. Dla mnie było to trzecie z rzędu spotkanie z festiwalem Enter, jedyne czego żałuję to tego, że nie byłam na wszystkich edycjach...Kiedy w 2014 pierwszy raz trafiłam na festiwal wiedziałam, że nie ma drugiego takiego wydarzenia w Polsce, dlatego tak bardzo zachłannie chłonęłam wszystko to co działo wokół mnie w ciągu tych dwóch dni. W tym roku Enter również pochłonął mnie bez reszty, dałam się porwać dźwiękom i cieszyłam się jak dziecko z każdej spędzonej w Strzeszynku chwili.
Enter narodził się w 2000 roku. Dyrektorem i organizatorem festiwalu jest Jerzy Gumny. Od samego początku dyrektorem artystycznym i dobrym duchem festiwalu jest Leszek Możdżer, który zaprasza nad jezioro Strzeszyńskie wyjątkowe osobowości muzyczne. Jednocześnie sam występował podczas wszystkich edycji festiwalu, prezentując projekty muzyczne, które czasami powstawały wyłącznie z myślą o Enterze. Oprócz wspaniałych artystów, festiwal wyróżnia to, w jakich okolicznościach się on odbywa- tuż obok malowniczego jeziora Strzeszyńskiego, w środku lasu,w miejscu gdzie Matka Natura stworzyła idealne warunki do słuchania muzyki.
W tym roku enter przybrał słoneczne barwy
Jakub Płużek Quartet
Jakub Płużek Quartet
Enterowa wierna publiczność
Tegoroczna edycja rozpoczęła się we wtorek 24 maja, koncertem Jakub Płużek Quartet w składzie: Jakub Płużek (fortepian), Marek Pospieszalski (saksofon), Maksymilian Mucha (bas) i Dawid Fortuna (perkusja). Tradycji stało się zadość, gdyż i tym razem Enter otworzył się koncertem młodych i piekielnie zdolnych muzyków. Członkowie Jakub Płużek Quartet mimo tego, iż mają zaledwie dwadzieścia kilka lat wyróżniają się niezwykłym kunsztem grania, techniką i talentem improwizatorskim. Zagrali utwory, w których wyraźnie słychać różnorodne inspiracje- od klasycznego jazzu po nowoczesne brzmienie, a nawet elementy muzyki ludowej. Oprócz swoich kompozycji zagrali również kilka znanych melodii jazzowych, które w ich wykonaniu zyskały jakby innego wymiaru. To był koncert, w którym kunszt, świetna technika zostały przełamane młodością i świeżością, uosabiane w szczególności w osobie lidera- szalenie skromnego, pianisty Kuby Płużka. Drugi koncert pierwszego dnia to było wydarzenie absolutnie szczególne i enterowa publiczność ze mną na czele mogła poczuć się naprawdę wyjątkowo wyróżniona tym koncertem. Wszystko za sprawą nowego tria Leszka Możdżera, w którym oprócz niego na fortepianie, zagrali Dieter Ilg (bas) oraz Eric Allen (perkusja). Zgodnie ze wcześniejszymi zapowiedziani, panowie zagrali koncert, który zakorzeniony był w tzw jazzie środka, miał być hołdem dla klasyki. Trio zagrało zupełnie nowe kompozycje Leszka, poszczególne kompozycje pianista dedykował słynnym kompozytorom, którymi na co dzień się inspiruje ( np. Fryderyk Chopin ), lub z którymi miał sposobność kiedyś grać ( jak np niedawno zmarłemu Nano Vasconcelosowi). Koncert był niezwykle różnorodny, miałam wrażenie jakbyśmy odbywali wspólną podróż- spokojną i miarową, a czasami rozedrganą i burzliwą. Czuć było hołd Leszka dla kompozytorów bliskich jego sercu i podjęcie próby "rozkochania"słuchaczy w muzykach będących jego muzycznymi wzorcami. Te kompozycje to kolejny dowód na to, że powrót do klasyki jest ważny i potrzebny, a to co nowe ma i powinno mieć swoje źródło w historii. Tożsamość muzyczna jest drogowskazem i kompasem prowadzącym artystę muzyka po jego muzycznej ścieżce. Wspaniałe i bardzo emocjonalne przeżycie. Ze względu na to iż była to premiera, dla muzyków było to też przeżycie napewno mocno stresujące. Sadząc jednak po reakcjach publiczności, wszyscy byli oczarowani i zachwyceni. Miałam wrażenie, że wszyscy słuchacze początkowo mocno ściskali kciuki, żeby wszystko wyszło dobrze- wyszło najlepiej jak mogło. Mocno liczę i trzymam kciuki, żeby powstała płyta.
Leszek Możdżer/Dieter Ilg/Eric Allen
Zasłuchani i zaczarowani, na scenie Zohar Fresco Quartet
Po koncercie uśmiechnęło się do mnie szczęście, dostałam podpis na płycie od Leszka (kolejny już do mojej kolekcji) i Zohara Fresco- którego złapałam w przelocie. Dziękuję ! Trzeci koncert pierwszego dnia to zanurzenie się w świecie orientu i jazzu romansującego ze światem muzyki ethno. Wyczekiwany bardzo przeze mnie Zohar Fresco Quartet, w którym wystąpili Zohar Fresco (wokal,tamburyn, bębny ramowe), Tomer Bar (fortepian), Stratis Paradelis (kamanche, cretan flauto) oraz Mark Moshayev (perkusja). Cóż to było za przeżycie ! Zohar to przekochany człowiek, niezwykły artysta, uwielbiany w naszym kraju i bardzo dobrze znany enterowej publiczności- na festiwalu występował już kilkukrotnie. To co stworzyli tamtego wieczoru to czysta magia, zahipnotyzowali publiczność, zaczarowali, rozkochali... Za sprawą Zohara, pochodzącego z Izraela, muzyka kwartetu zakorzeniona w jazzie zdominowana została jednak przez tradycję Bliskiego Wschodu. Klimat orientu zawładnął Strzeszyńską plażą, wpływ na to miał napewno niepowtarzalny wokal Fresco- przeszywający i przyprawiający o dreszcze jak i instrumenty, od bębnów tarczowych, tamburyna po flety. W śpiewie Zohara jest wszystko, cały wachlarz emocji- od bólu i cierpienia poprzez radość i euforię- nie można go z czymkolwiek porównać. Artysta totalny, obdarzony niezwykłą duchowością, prawdziwy, szczery. Czułam się po tym występie niesamowicie silna i naładowana emocjami-długo nie mogłam później zasnąć. Jestem pewna, że reszta publiczności miała podobnie. Zohar każdorazowo, kiedy gra obnaża nam swoją duszę- najpiękniejszy dar jaki może dać słuchaczowi. Być na jego koncercie to zaszczyt i naprawdę wielkie przeżycie.
A tuż obok sceny...
Festiwal spędziłam razem z Olą :)
Dzień drugi rozpoczął się bardzo mocno, występem ponad dwudziestoosobowej orkiestry Nikoli Kołodziejczyka. Usłyszeliśmy nagrodzoną tegorocznym Fryderykiem suitę koncertową Chord Nation. Ze sceny popłynęła tak wielka energia, ten koncert był jak podmuch huraganu, zagrali po prostu brawurowo. Muzycy zgromadzeni na scenie, a pochodzący z różnych krajów zaprezentowali nam dużą dawkę energicznego, transowego i niczym nieograniczonego jazzu.Dźwięki zaskakiwały odmiennością (za sprawą niektórych instrumentów np rożku), a rozbudowane instrumentarium wzbogaciło muzyczną treść. Potęga i rozmach klasyki zderzyły się tutaj z intymnym jazzowym brzmieniem, elementami ludowymi i barwnym ethno. Wciągająca fuzja, której mianownikiem wspólnym był brak ograniczeń. Tego dnia od samego początku wszyscy z niepokojem patrzyli w niebo, miało się wrażenie, że za chwilę rozpęta się straszliwa burza. Całe szczęście natura jedynie troszkę nas postraszyła i skończyła się na szalejącym wietrze i kilku zagubionych kroplach deszczu. Wiatr tego wieczoru stanowił dodatkowy instrument- czar plenerowego festiwalu.
Na kolejny koncert tego dnia czekałam najbardziej. Moje zmysły zostały dodatkowo podrażnione już wcześniej, kiedy siedziałam na Strzeszyńskim molo i słuchałam ich próby. A mowa tutaj o kolejnym fascynującym projekcie Leszka Możdżera, do którego zaprosił Czeszkę Ivę Bittovą (wokal, skrzypce) oraz Słowaka Oskara Toroka (trąbka). Gościem specjalnym koncertu był Zohar Fresco (bębny ramowe, wokal). Od pierwszych chwil mnie i wszystkich dookoła po prostu zatkało z wrażenia. To było niezwykłe muzyczne spotkanie międzykulturowe, można rzec spotkanie tytanów. Fortepian i trąbka trzymały jeszcze to wszystko trochę w ryzach, ale już niezwykły, przeszywający i abstrakcyjny wokal Ivy w połączeniu z orientem Zohara unosiły wszystkich wysoko ku niebu. To było jak zanurzenie w innym świecie, bajkowym, magicznym. Iva i jej śpiew poruszył najczulsze punkty w moim ciele. Jej występ był tak emocjonalny, awangardowy, że aż nierealny, od pierwszych chwil otworzyła się przed nami całkowicie, obnażyła duszę- jej emocjonalne podejście do muzyki było niezwykłe. Naprawdę oderwaliśmy się od ziemi, publiczność dała się zaczarować- ciągle jednak wszystkim było mało więc muzycy kilkukrotnie byli wywoływani na bisy owacjami na stojąco. To było muzyczne spotkanie dusz, które prawdopodobnie się już nigdy nie powtórzy, co czyni ten koncert jeszcze bardziej wyjątkowym. Po tym piorunującym dla mnie wydarzeniu nadszedł ostatni niestety koncert festiwalu, wystąpili wiedeńczycy Radio.string.quartet. Kwartet tworzą dwie pary skrzypiec, altówka i wiolonczela. Ich muzyczny przekaz był połączeniem klasycznej finezji i kunsztu z emocjonalnym, momentami nawet transowym podejściem. Radio.string.quartet to jak dla mnie mistrzowie budowania napięcia, momentami wydawało mi się, że ich muzyka idzie nawet w stronę techno? Nie wiem ale koncert był po prostu piękny. Szczególny podziw dla wiolonczelisty, grającego tego dnia w zastępstwie za Asję Valcic, która musiała w ostatniej chwili odwołać swój występ. Musiał nauczyć się repertuaru w zaledwie jeden dzień, mimo tego wszystkiego idealnie odnalazł się z resztą i zagrał naprawdę wspaniale. Wieczór jednak dla mnie jak i moich koncertowych towarzyszek jeszcze się nie skończył, jako że wcześniej zostałyśmy zaproszone przez Leszka na pofestiwalowe jam session. Być na jamie, na którym grają najlepsi muzycy i widok roześmianego Leszka grającego to na fortepianie, to na perkusji, to na kontrabasie był bezcenny :) Było śmiesznie i naprawdę miło, dzięki za zaproszenie !
Radio.string.quartet
Radio.string.quartet
Radio.string.quartet
Czas niestety zejść na ziemię. Festiwal się skończył. Nad jeziorem Strzeszyńskim znów odbyły się czary, czas stanął jakby na 2 dni w miejscu, a muzyczne spotkania były niezwykłe. Enter jest fenomenem, festiwal jazzowy w pięknym plenerze, gdzie muzyka współgra z naturą,a mimo plenerowego charakteru wciąż ma bardzo intymny i kameralny charakter. Pewnie dlatego zyskał sobie rzeszę wiernych fanów. Enter rozkochał mnie w sobie swoją wolnością, będę mu wierna na zawsze. Muzyka po raz kolejny poruszyła najgłębsze struny mojego ciała, zupełnie tak jakby to co najwartościowsze i nieodgadnione kryło się w dźwiękach. Dziękuję wszystkim tym, którzy Enter tworzą, zdaje sobie sprawę że jest to masa pracy przez cały rok. Leszek, dziękuję, że jesteś sercem tego festiwalu, że robisz to co kochasz i jesteś po prostu sobą. Serdecznie pozdrawiam moje koncertowe towarzyszki, szczególnie Olę, która namiętnie rozsmakowuje się w jazzie oraz Krysię i Anię, a także wszystkich innych, których spotkałam na enterze. Pozdrawiam również całą załogę schroniska młodzieżowego Hanka, którzy traktują mnie już jak swojego stałego bywalca i są zawsze i wszędzie pozytywni. Załączam kilka moich zdjęć z festiwalu. Za rok widzimy się znowu :)
A to jest moje ulubione zdjęcie z festiwalu :) Leszek Możdżer i Zohar Fresco uwielbiam Was !
Za tydzień o tej porze... Będę kąpała się w dźwiękach nad Jeziorem Strzeszyńskim w Poznaniu, będę wdychała zapach jeziora, delektowała się przyrodą, atmosferą i beztroską wolnością. Już za dosłownie kilka dni rozpocznie się Enter Enea Festival 2016. W tym roku jest to już szósta edycja, dla mnie osobiście będzie to trzecia edycja z rzędu. Odkąd pierwszy raz zakosztowałam enterowego klimatu i muzyki, te dwa dni w roku stały się jednymi z moich ulubionych, z całą pewnością każdego roku czekam na festiwal z wielką niecierpliwością. Możecie powiedzieć, festiwal jak każdy inny...Ale każdy, kto był kiedykolwiek na enterze wie, że to nie tylko (i AŻ!) muzyka, spotkania z artystami i wspólne słuchanie muzyki. To coś więcej- to czar tego miejsca, festiwal odbywa się tuż nad jeziorem (zazwyczaj podczas pierwszego koncertu każdego dnia scenę rozświetla zachodzące słońce), cudowna przyroda dookoła (śpiew ptaków towarzyszący koncertom) i kameralna, swobodna atmosfera-to jest po prostu festiwal inny niż wszystkie. Kiedy jestem nad Strzeszynkiem czuję się jak na wakacjach, czas w tym miejscu płynie wolniej, inaczej- w ciągu tych dwóch dni odpoczywam jak nigdzie indziej.
W tym roku festiwal odbędzie się w dniach 24-25 maja. Podczas pierwszego dnia jako pierwszy zagra Jakub Płużek Quartet- kwartet młodych i bardzo utalentowanych polskich muzyków ze świetnym pianistą Kubą Płużkiem na czele. Widziałam i słyszałam co chłopaki potrafią na ubiegłorocznym Jazzie nad Odrą i mówiąc wprost dają czadu :) Drugi koncert pierwszego dnia to będzie koncert absolutnie specjalny (tak mi się wydaje, a w zasadzie jestem tego pewna!). Zupełnie nowe trio Leszka Możdżera (który jest również dyrektorem artystycznym festiwalu). Oprócz Leszka na fortepianie zagra niemiecki kontrabasista- Dieter Ilg oraz Eric Allen perkusista amerykańskiego pochodzenia. Jeśli chodzi o muzyczne wybory Leszka, jego muzyczny instynkt i tzw "nos" to ufam mu w 100%, dlatego Wiem, że się nie zawiodę. Zresztą bilet na enter jak zawsze kupiłam zanim jeszcze pojawił się program festiwalu. Po poprzednich edycjach, wiem czego po enterze mogę się spodziewać i bilet mogę kupić w ciemno- po prostu wiem że warto. Na koniec pierwszego dnia zagra Zohar Fresco Quartet. Zohar to wspaniały muzyk, o niezwykłej wrażliwości i duchowości- muzyczne spotkania z nim to coś niepowtarzalnego i magicznego. Być może większość kojarzy Zohara z występów w trio- Możdżer/Danielsson/Fresco, jeśli zaś ktoś go jeszcze nie zna, Zohar to izraelski mistrz instrumentów perkusyjnych. To będzie z całą pewnością magiczne zwieńczenie pierwszego dnia festiwalu.
Kilka migawek z poprzednich edycji Enteru. Zdjęcia pochodzą ze strony: www.enterfestival.pl
Drugiego dnia jako pierwsi na scenie pojawią się Nikola Kołodziejczyk Orchestra. Nikola jest pianistą, kompozytorem i dyrygentem- tegoroczny laureat nagrody Fryderyk w kategorii Jazzowy Album Roku za płytę Barok Progresywny. Wystąpi ze swoim big bandem, coś czuję że ich koncert będzie jak wielki jazzowy podmuch muzyczny, jak to wszystko zabrzmi to ach... ! Kolejny koncert drugiego dnia to znowu mała niespodzianka od dyrektora artystycznego. Zagra po raz kolejny w nowym składzie, trio- Leszek Możdżer na fortepianie, Iva Bittova- na skrzypcach oraz Oskar Torok na trąbce. Szczególnie ciekawi mnie Pani Bittova, czeska artystka, której występy są podobno każdorazowo szczególne ze względu na jej wokal, specyficzny styl gry na skrzypcach oraz bardzo ekspresyjne przeżywanie muzyki. Na koniec festiwalu zaprezentuje się austriacki kwartet smyczkowy radio.string.quartet. Do tej pory kompletnie ich nie znałam, ich koncerty na żywo cechuje podobno rozmach, przestrzeń i wirtuozeria, zaś ich muzyka przekracza granice pomiędzy muzyką popularną, jazzem, a klasyką. Może być to zatem piękne zwieńczenie festiwalu, który od samego początku przekracza muzyczne granice i utarte szlaki, a artyści występujący na enterze bardzo często budują pomosty pomiędzy wieloma gatunkami i stylami muzycznymi. Enter to fuzja wielu rzeczy, wielu płaszczyzn, wszechświatów- emocji, muzyki, przyrody, sztuki. Te wszystkie elementy istnieją ze sobą razem, stąd z roku na rok enter przyciąga coraz więcej słuchaczy, mimo tego w dalszym ciągu jest to festiwal zachowujący kameralny charakter. Idealne miejsce, ludzie i czas do przeżywania muzyki.
Festiwal już za tydzień, bilety wciąż są jeszcze do kupienia na stronie eventimu, lub we wszystkich empikach w Polsce (ale radze się spieszyć). Dajcie się porwać muzyce i przyjedźcie nad Strzeszynek i proszę nie marudzić, że festiwal jest w środku tygodnia. Można zrobić sobie mały urlop. Naprawdę nie pożałujecie, a kto pierwszy raz zakosztuje enterowego czaru ten będzie chciał wracać co roku. Paniwdredach poleca Enter Enea Festival 2016 ! Oby tylko pogoda dopisała, a będzie pięknie !
Nie wiem co mam ze sobą zrobić. Po 5 dniach codziennych wielogodzinnych koncertów wróciłam do domu i się rozpłakałam. Siedzę, płacze ze szczęścia i próbuje coś tutaj napisać. Postanowiłam, że napisze od razu- za jakiś czas przeczytam to co dziś napiszę i pewnie samą siebie uznam za wariatkę. Ale tak jest, to co teraz czuje i to co przeżyłam najlepiej opisują słowa i przemyślenia własnie w tej chwili, tu i teraz. Moje ciało fizyczne w tej chwili jest w kompletnej rozsypce ale za to w środku... W środku nie mogę uwierzyć w to co się stało... Nigdy w życiu czegoś takiego nie przeżyłam, nigdy tak się nie czułam. Kiedy wracałam do domu w kompletnej ciszy słyszałam w oddali tylko stłumione odgłosy bijącego dzwonu w kościele, później okazało się, że były to dzwony z cerkwi- prawosławni 1 maja obchodzili wielkanoc. Naćpałam się muzyką, tak się czuje w tej chwili. Jestem kompletnie wykończona, nie mogę spać, jeść tym bardziej. Jazz to muzyka transcendentalna- to są dzisiejsze słowa wypowiedziane przez Panią Urszulę Dudziak, w tym zdaniu jest zawarte wszystko. Paradoks, fizycznie jestem wykończona ale w głębi siebie czuję, że mogłabym przebiec teraz maraton :)
Muzyka- motor napędowy mojego życia.
Festiwal rozpoczął się 26 kwietnia. Tegoroczna- 52 już edycja jest wyjątkowa ze względu na obchody Europejskiej Stolicy Kultury i obchodów Międzynarodowego Dnia Jazzu- który świętowaliśmy 30 kwietnia.W sumie festiwal trwał 5 dni. 4 dni koncertów w Imparcie, 5 dzień obchodziliśmy w Hali Stulecia. Koncerty w Imparcie rozpoczynały się o godzinie 18 30 koncertem głównym w sali teatralnej( ten podzielony był na 3 koncerty). O godzinie 23 30 publiczność przenosiła się na koncert do sali kameralnej, po nim codziennie odbywały się jam sessions do białego rana. Dla mnie ta edycja miała być dodatkowo wyjątkowa, o ile podczas dwóch ostatnich edycji festiwalu brałam udział w kilku koncertach o tyle teraz postanowiłam wziąć urlop od pracy i wykupiłam bilety na wszystkie koncerty. Postanowiłam i tak zrobiłam, wzięłam udział we wszystkich koncertach- cudowny maraton.
W pierwszym dniu festiwalu jako pierwsi wystąpili ubiegłoroczni zdobywcy Grand Prix na Indywidualność Jazzową- Vehemence Quartet z gościnnym udziałem Leszka Możdżera na fortepianie. Vehemence Quartet tworzą: Wojciech Lichtański (saksofon altowy), Mateusz Śliwa (saksofon tenorowy), Szymon Madej (perkusja) oraz Alan Wykpisz na kontrabasie. Panowie prezentowali m.in materiał ze swojej płyty Anomalia. Koncert był bardzo żywiołowy, chłopaki pomimo młodego wieku grają z wielką pasją. energią i cechuje ich doskonały warsztat. Do tego wszystkiego na fortepianie czarował Leszek Możdżer, przepiękny jazz i wspaniały koncert na początek festiwalu. Krótka przerwa i drugi koncert pierwszego dnia. Zagrało Gerald Clayton Trio w składzie; Gerald Clayton (fortepian), Harish Raghaven (kontrabas) oraz Henry Cole (perkusja). Clayton to naprawdę znakomity pianista, czuć w jego graniu doświadczenie i finezję. Bardzo intymny, delikatny i przestrzenny koncert, przepiękny dialog muzyków. Trzeci koncert pierwszego dnia na dużej scenie w sali teatralnej Impartu to Archie Shepp Quartet z gościnnym udziałem Piotra Wojtasika na trąbce. Archie Shepp Quartet w składzie: Archie Shepp (saksofony oraz wokal), Tom McClung (fortepian) oraz Wayne Dockery (kontrabas). Przyznam szczerze, że ze względu na moją miłość do saksofonu tego dnia czekałam na ten koncert najbardziej, nie zawiodłam się :) Archie Shepp to żywa legenda, wielki artysta, gra na saksofonach, fortepianie, jest wokalistą, kompozytorem, a także poetą. Tworzy muzykę jazzową oraz blues, najczęściej łączy te gatunki. Tego wieczoru grał na saksofonie tenorowym, sopranowym, a także śpiewał cudownego bluesa. Koncert był niezwykły, grali free jazz oraz utwory bardziej bluesowe. Dodatkowo muzycy świetnie się bawili, solówka perkusisty (solówka na własnym ciele- jeśli można to tak nazwać) pierwsza klasa. Wspaniale grał również urodzony we Wrocławiu Piotr Wojtasik, widać było że mistrz Archie Shepp był pod jego wielkim wrażeniem. Publiczność po tym koncercie była tak rozochocona, że nie chciała wypuścić muzyków, którzy bisowali z tego co pamiętam dwa razy. Była energia ! Z koncertu w sali głównej pobiegłam szybko do sali kameralnej, gdzie koncert miał rozpocząć się o 23 30. Po koncercie głównym spotkałam się też z Olą, którą podstępnie postanowiłam wciągnąć w cały ten jazz ;) Ola uczestniczyła ze mną w kilku koncertach tegorocznej edycji. Było trochę po północy, kiedy dotarłyśmy do sali kameralnej, koncert już trwał w najlepsze. Na scenie sali kameralnej wystąpiło Joris Teepe Quartet "Jorisation"w składzie; Joris Teepe (kontrabas), Howard Curtis (perkusja), Orrin Evans (fortepian) oraz Johannes Enders (saksofon tenorowy). Była energia ! Sala kameralna była rozgrzana do czerwoności- dosłownie! Później był nocny Jam dowodzony przez najwspanialszego na świecie Leszka Możdżera ;) Niechętnie wracałam do domu...
Vehemence Quartet z gościnnym udziałem Leszka Możdżera
Gerald Clayton Trio
Archie Sheep
Joris Teepe Quartet
Drugiego dnia jako pierwsi w sali teatralnej o godzinie 18 30 wystąpił skład: Darek Oleszkiewicz (kontrabas), John Abercrombie (gitara elektryczna), Marc Copland (fortepian) oraz Joey Baron (perkusja). Publiczność szczególnie serdecznie przyjęła Wrocławianina Darka Oleszkiewicza, który na stałe mieszka w Stanach. Podczas tego koncertu moją szczególną uwagę z kolei przykuł perkusista Joey Baron, zakochałam się w jego grze ! Koncert w głównej mierze był osadzony w klasyce, każdy z wybitnych muzyków dodawał jednak od siebie "to coś" dzięki czemu mnie osobiście ta muzyka zahipnotyzowała, ocknęłam się dopiero na bisie. Drugi koncert tego dnia dla mnie samej okazał się absolutną sensacją i jednym z najlepszych koncertów na tegorocznym JnO. Zagrali Nik Bartsch. Ronin w składzie: Nik Bartsch (fortepian), Kaspar Rast (perkusja), Thomy Jordi (gitara basowa) oraz Sha (saksofony, klarnet basowy). Nie znałam ich wcześniej wcale, od pierwszych sekund grania wbiło mnie w fotel totalnie, a moje oczy były okrągłe ze zdumienia do samego końca. Ich muzyka była dla mnie jak porażenie piorunem, osadzona w jazzie ale bardziej jest to muzyka eksperymentalna, fusion, a nawet elektronika (a elektronika to jest to co Pani w dredach uwielbia najbardziej). W pamięci wciąż mam powtarzające się frazy fortepianu i grad klarnetu basowego, do tego muzyka była zsynchronizowana ze wspaniałymi efektami świetlnymi. Naprawdę szok... Od razu zaopatrzyłam się w ich ostatnie wydawnictwo płytowe Continuum, słucham jej od kilku dni codziennie i cały czas odkrywam coś nowego. Dawno żadna muzyka nie zrobiła na mnie TAKIEGO wrażenia... Dziękuję dyrektorowi artystycznemu za ich zaproszenie! Na tym tego dnia oczywiście się nie skończyło. Trzeci z koncertów głównych to Power Trio w składzie: David Murray (saksofon tenorowy), Terri Lyne Carrington (perkusja) oraz Geri Allen (fortepian). Dwie wspaniałe kobiety jazzu, po tylu "męskich" koncertach miło było poddać się kobiecej wrażliwości muzycznej. Do tego idealnie z Paniami rezonował saksofon tenorowy Murraya. To co mi szczególnie się rzuciło to ich wzajemny szacunek do siebie, dawali sobie niesamowitą przestrzeń, swobodę grania. Przepięknie! Po takiej dawce muzyki pobiegłam w te pędy do sali kameralnej na koncert Dmitry Baevsky Quartet w składzie: Dmitry Baevsky (saksofon altowy), Jeb Patton (fortepian), Mike Karn (kontrabas) oraz Joe Strasser (perkusja). Szczególną ciepło publiczność przyjęła Dmitra- niezwykłego lidera, o chłopięcej urodzie, zagrał naprawdę brawurowo.Środa była jedynym dniem, kiedy nie poszłam na jam. Nie byłam w stanie, koncert Nika Bartscha tak bardzo mną wstrząsnął, że wsiadłam na rower i pojechałam do domu. Spać jednak prędko nie poszłam, słuchałam płyty Continuum. W ogóle spanie i jedzenie stało się w ciągu tych 5 dni drugoplanowe...Karmiłam się czym innym.
John Abercrombie/Darek Oleszkiewicz/Joey Baron/Marc Copland
Nik Bartsch. Ronin
Power Trio
Dmitry Baevsky Quartet
Dzień trzeci. Czułam lekkie zmęczenie, odżyłam po godzinie 18 30, kiedy w Imparcie zagrali tego dnia jako pierwsi Billy Childs Jazz Chamber Ensemble w składzie: Billy Childs (fortepian), Hans Glawischnig (kontrabas), Jeff Ballard (perkusja), Carol Robbins (harfa), Ben Monder (gitara elektryczna), Steve Wilson (saksofony) oraz kwartet smyczkowy w składzie: Marta Sochal Matuszczyk ( I skrzypce), Tomasz Kulisiewicz ( II skrzypce), Katarzyna Płachta Styrna (altówka) i Bożena Papała (wiolonczela). Billy Childs zagościł na JnO po raz trzeci. Muzyka, którą tworzy Childs jest mostem pomiędzy jazzem a muzyką klasyczną. Na JnO zaprezentował swoje kompozycje ze swoim stałym składem oraz kwartetem smyczkowym. Dodatkowo w tym składzie ciekawie brzmiała harfa, było bardzo intymnie, oryginalnie, pięknie. Drugi koncert wieczoru dnia trzeciego był zdecydowanie jednym z najlepszych na tegorocznym JnO. Wystąpił project Volcan w składzie: Gonzalo Rubalcaba (fortepian), Horacio "El Negro" Hernandes (perkusja) oraz Jose Armando Gola (gitara basowa). Volcan dosłownie porwali publiczność swoim latino jazzem, a serca wszystkich skradł perkusista swoimi solówkami i ogromną dawką optymizmu, którą zaraził chyba wszystkich. Gonzalo Rubalcaba, którego wcześniej nie znałam okazał się nie tylko rewelacyjnym pianistą ale także niezwykle skromnym człowiekiem. Mówiąc wprost, pozamiatali. Publika nie chciała ich puścić. Owacje na stojąco. Trzeci koncert tego dnia to projekt stworzony specjalnie na zamówienie tegorocznego JnO w składzie: Adam Pierończyk (saksofon tenorowy i sopranowy), Jean-Paul Bourelly (gitara elektryczna,wokal), Orlando Le Fleming (kontrabas) oraz John B.Arnold (perkusja). Trzeba jeszcze dodać, że dzień wcześniej Panowie skończyli nagrywać materiał, który zaprezentowali na JnO. Mam wielką nadzieję, że projekt odniesie wielki sukces. Brzmieli naprawdę niezwykle, przeszywający na wskroś saksofon Pierończyka w połączeniu ze specyficznym brzmieniem gitary Jean-Paul Bourellyego i jego emocjonalną wokalizą. Hipnotyzująca, odważna muzyka, naprawdę wielkie brawa dla Pana Pierończyka. Było mi jedynie przykro, ze podczas praktycznie całego koncertu ludzie ciągle wychodzili z sali, koncert Pierończyka rozpoczął się dość późno, a o 23 30 w sali kameralnej miał rozpocząć się koncert Włodzimierza Nahornego. Prawdopodobnie więc część publiczności nie chciała stracić ani minuty z koncertu polskiej legendy. Wszystkiego mieć nie można. Ja sama zostałam do końca koncertu Pierończyka, czekam na ich płytę i gorąco im kibicuję. Faktycznie, kiedy dotarłam do sali kameralnej Włodzimierz Nahorny Trio grali już w najlepsze. Włodzimierz Nahorny Trio w składzie: Włodzimierz Nahorny (fortepian), Mariusz Bogdanowicz (wiolonczela) i Piotr Biskupiński (perkusja). Nahorny to absolutna polska legenda, jest multiinstrumentalistą (gra m.in na fortepianie czy saksofonie), kompozytorem i aranżerem. W 1965 roku zdobył I nagrodę solistyczną i zespołową na JnO. Początek koncertu ominęłam, grał wtedy swoje polskie kompozycje, szkoda. Całe szczęście miałam jeszcze drugą połowę. Zagrał kilka swoich kompozycji filmowych i teatralnych oraz swoją kompozycję inspirowaną muzyką kurpiowską. Przepięknie, lirycznie, do tego Pan Włodzimierz o każdym utworze obszernie opowiadał i kilka razy rozbawił publikę do łez. Cieszę się, że mogłam tego posłuchać i zobaczyć takiego wielkiego polskiego muzyka. Po tym był oczywiście jam i o świcie powrót do domu. Byłam strasznie nakręcona, przespałam się 3 godziny i miałam ochotę na kolejne kilka godzin koncertów..:)
Billy Childs Jazz Chamber Ensemble
Volcan
Adam Pierończyk/Jaun-Paul Bourelly/Orlando Le Fleming/John B.Arnold
Włodzimierz Nahorny Trio
W Piątek, czwartego dnia festiwalu byłam już tak naładowana, że nie mogłam wytrzymać w domu. Potwierdza to Ola, która musiała znosić mnie tego dnia z wielką cierpliwością. Działy się ze mną dziwne rzeczy. Kiedy więc dotarłam do Impartu i kiedy rozpoczął się pierwszy koncert tego dnia nastąpiła kulminacja, siedziałam w fotelu i płakałam. Pewnie była to wina tych wszystkich dźwięków z dni poprzednich, a pewnie też projekt A Tribute to Jan Johansson w składzie: Jan Lundgreen (fortepian), Mattias Svenson (kontrabas) oraz kwartet smyczkowy. Lundgreen jest szwedzkim pianistą zafascynowanym twórczością Jana Johanssona, który dla Szwedów jest jak twórczość Krzysztofa Komedy dla Polaków.Koncert był piękny, liryczny, a muzyka delikatna i mocno akcentująca tradycję szewdzką. Lundgreen ze swoim zespołem stworzyli pewien pejzaż dźwiękowy mocno działający na wyobraźnię słuchacza (na moją napewno). Drugi koncert wieczoru poniekąd pozostawał w klimacie folkowym, tyle tylko, że ukazującym Polski folklor i rodzimą tradycję. Swój projekt "Folk Five" zaprezentował Irek Wojtczak Quintet w składzie: Irek Wojtczak (saksofon tenorowy, klarnet basowy), Tomasz Dąbrowski (trąbka), Piotr Mania (fortepian), Adam Żuchowski (kontrabas) oraz Kuba Staruszkiewicz (perkusja). Wojtczak z wielkim powodzeniem reanimuje polski folklor, muzyka była radosna, żywiołowa, wyraźnie czuć w niej było inspirację tematami ludowymi. W utworach, które zaprezentowano pojawiły się oberki i kujawiaki, skrzętnie przetłumaczone na język jazzu. Bardzo inspirujący koncert, oryginalny i ciekawy projekt. Panowie dostali owację na stojąco. Na trzecim koncercie czwartego dnia festiwalu wystąpiły absolutne legendy jazzu z zza oceanu, zespół The Cookers w składzie: Billy Harper (saksofon tenorowy), Eddie Henderson (trąbka), Jaleel Shaw (saksofon altowy i sopranowy), David Weiss (trąbka), George Cables (fortepian), Cecil Mcbee (kontrabas) oraz Billy Hart (perkusja). Doświadczenie każdego z muzyków zespołu i ich muzyczne współprace, naprawdę robią wrażenie. Zaserwowali nam potężną dawkę energicznego amerykańskiego jazzu, rodem z pulsującego serca Nowego Yorku. Wspaniale było ich usłyszeć i zobaczyć. Po The Cookers pobiegłam jak zwykle do sali kameralnej, gdzie już grali chłopaki z Confusion Project w skłądzie: Michał Ciesielski (fortepian), Piotr Gierszewski (gitara basowa) oraz Adam Golicki (perkusja). Panowie wydali do tej pory dwie płyty, na koncercie zaprezentowali przekrój obu z nich. Świetna, ambitna muzyka, stylistycznie elektryczno-akustyczna. Dzięki zastosowaniu np gitary basowej ich jazz idzie raczej w kierunku fusion. Świetny młody polski projekt, indywidualne i dojrzałe podejście do muzyki. Będę im kibicować. Później był ostatni niestety na festiwalu... jam. Tak spędziłam czas z Olą do białego rana. Moje muzyczne nakręcenie sięgało zenitu, a kulminacja miała nadejść już niedługo...
A Tribute to Jan Johansson
Irek Wojtczak Quintet "Folk Five"
The Cookers. Zdjęcie pochodzi ze strony jazznadodra.pl
Confusion Project. Zdjęcie pochodzi ze strony jazznadodra.pl
W sobotę pomimo najszczerszych chęci nie byłyśmy w stanie dotrzeć z Olą na paradę jazzową o godzinie 12, która startowała z Wrocławskiego rynku. Sobota- piękny słoneczny dzień, idealny, żeby świętować Międzynarodowy Dzień Jazzu. Fizyczne zmęczenie dawało jednak już mocno o sobie znać, u mnie doszedł jeszcze dość dziwny i specyficzny stan euforii (pomimo zmęczenia)... Nigdy jeszcze się tak nie czułam. Postanowiłyśmy uświetnić ten dzień korzystając z rejsu jednym z Wrocławskich stateczków po Odrze. Tego dnia na kilku z nich miały grać różne zespoły jazzowe, było to więc naprawdę ciekawa alternatywa i z mojej strony uważam to za naprawdę świetny pomysł ! Chwilę po 16 wyruszyłyśmy w rejs po Odrze statkiem Goplana, na którym grało Trio Break w składzie: Anna Majkut-Polańska (wokal), Małgorzata Stec (wokal) oraz Andrzej Walus (saksofony, keyboard). Cóż jeśli chodzi o muzykę to niestety znane jazzowe utwory i evergreeny w ich aranżacjach brzmiały dość kiepsko, mówiąc delikatnie... Za to Pan Andrzej to wulkan energii, grał na saksofonie, tańczył i tryskał dobrą energią- był zdecydowanie najlepszy :) Pomijając muzykę widoki na najpiękniejsze miasto w Polsce, Europejską Stolicę Kultury bezcenne :)
Statek Goplana. Fotografia pochodzi z facebooka strony jazznadodrą
Z przystani zwierzynieckiej pobiegłyśmy prosto do Hali Stulecia, gdzie miały odbyć się główne obchody Międzynarodowego Dnia Jazzu we Wrocławiu. Tutaj wielka niespodzianka (pozytywna), wielka kolejka ludzi chcących wejść do Hali, fajnie, że tyle ludzi wybrało się posłuchać jazzu. Ostatnia impreza w Hali Stulecia (wtedy Hala Ludowa), na której grano jazz w ramach JnO odbyła się 40 lat temu...Przed Halą spotkałyśmy się jeszcze z innymi znajomymi Gosią i Tomkiem. Pierwszy z głównych koncertów miał rozpocząć się o godzinie 18-tej. W ogóle tego dnia w Hali naprawdę nie wiadomo było na co się zdecydować, oprócz głównej sceny były jeszcze 2 mniejsze Rotundy, gdzie również cały czas rozbrzmiewał jazz. Koniec końców do Rotund nie dotarliśmy...zaabsorbowały nas wydarzenia sceny głównej. Szkoda ale niestety wszystkiego mieć nie można. Na pierwszy koncert odbywający się na scenie głównej troszkę się spóźniliśmy, kiedy znaleźliśmy miejsce Rapsodie Barbare- Michel Aumont et le Grand Orchestre armorigenE już grali. Muzycy robili fantastyczne show, przebogate i ciekawe instrumentarium: instrumenty dęte drewniane, blaszane (np tuba), bębny, smyczki i wiele innych. Ich muzyka była potężną dawką pozytywnej energii, wprowadzili publiczność Hali w dobry nastrój i przygotowali poniekąd na kolejną gwiazdę wieczoru. Wystąpiła absolutna królowa polskiego jazzu- Urszula Dudziak wraz ze swoimi muzykami: Łukasz Poprawski (saksofon), Artur Gierczak (gitara elektryczna), Paweł Tomaszewski (keybord), Krzysztof Pacan ( gitara basowa) oraz Robert Luty (perkusja). Jest tak Urszula Dudziak, a po nie długo długo nic...:) Pani Urszula po prostu dała czadu, zaśpiewała kilka utworów ze swojej ostatniej płyty oraz starsze utwory, była oczywiście Papaya ! Wulkan energii, Pani Dudziak wyszła i powiedziała tak: "Dzień dobry, nazywam się Urszula Dudziak. Mam 73 lata, jestem zaręczona i zakochana. I dopiero się rozkręcam...", oprócz tego uraczyła nas całą masą zabawnych anegdot ze swojego życia. Nie jeden młody człowiek powinien uczyć się od niej pozytywnego nastawienia, energii i pasji. Na kolejny koncert czekałam naprawdę szczególnie. Właściwie to być na jego koncercie było moim marzeniem. Tomasz Stańko/Newelectronic z gościnnym udziałem Leszka Możdżera. Oprócz dwóch wymienionych muzyków zagrali jeszcze: Vitold Rek (kontrabas), Zohar Fresco (instrumenty perkusyjne, wokal) oraz Tadeusz Sudnik (elektronika). Sam projekt ma być nawiązaniem do kultowego już projektu Stańki- Freelectronic z roku 1985 roku. W tamtym czasie Freelectronic był projektem absolutnie innowacyjnym,nowatorskim, ta muzyka wyprzedzała ówczesne trendy. Głównie za sprawą wykorzystania instrumentów elektronicznych i akustycznego brzmienia. W obecnym składzie Newelectronic ponownie zagrali Vitold Rek i Tadeusz Sudnik. Ależ ten koncert brzmiał ! Stańko pląsający po scenie z trąbką, ze swoim charakterystycznym zimnym,mrocznym i przeszywającym na wskroś brzmieniem. Leszek Możdżer jedną ręką grający na fortepianie, drugą meandrującą po elektronice. Do tego wszystkiego absolutny geniusz i innowator Zohar Fresco na perkusjonaliach. W 1985 roku to brzmiało niezwykle, w 2016 zabrzmiało równie kosmicznie i nowocześnie. To było niesamowite przeżycie, siedziałam jak zaczarowana. Nie tylko ja, artyści dostali owacje na stojąco. Po przerwie klimat zmienił się diametralnie. Wystąpił skład Jazzanova z udziałem wokalisty Paula Randolpha. Szczerze mówiąc tego dnia głównie nastawiałam się na Stańkę, nie myślałam o innych koncertach. Ale Jazzanova pozamiatała...W swój jazz wplatają elektronikę, sample. Do tego energiczna i porywająca postać wokalisty Paula Randolpha spowodowała, ze cała Hala Stulecia się roztańczyła. Proszę bardzo,jakoś do jazzu można tańczyć? można! I nie ważne jak, ważne, że wszyscy świetnie się bawili. To nie jest tak, że to był koncert czysto taneczny, rozrywkowy, muzyka była fantastyczna. Fusion, funk, jazz i cała masa innych stylów. Jazzanova to koncertowa petarda, jeśli ktoś mówi, że jazz jest dla nudziarzy, puszcze mu występ live Jazzanovy, napewno zmieni zdanie. Jednak to ostatni występ wieczoru spowodował, że Hala Stulecia zadrżała niczym podczas trzęsienia ziemi. A mnie zatkało...Około północy na scenę główną wyszedł projekt Nonkeen z udziałem Nilsa Frahma.
Nils Frahm to niemiecki kompozytor, świetny pianista ale też muzyk związany ze sceną elektroniczną. Nonkeen tworzą z kolei oprócz Frahma jego koledzy z podstawówki. Powiem krótko, byłam już naprawdę na wielu koncertach w życiu ale to był mój najlepszy. To była od samego początku taka potężna dawka dźwięku i wibracji, miałam wrażenie, że dach Hali Stulecia zaraz spadnie...Instrumentarium jeśli dobrze zauważyłam tworzyły między innymi perkusja oraz różnego rodzaju instrumenty perkusyjne,automaty perkusyjne, mnóstwo efektów elektronicznych, gitary, keyboardy, syntezatory i pewnie wiele więcej... Kiedy to wszystko razem zabrzmiało i zadrżało to można sobie tylko wyobrazić co to była za kosmiczna muzyka.Nie wiem czy to jeszcze był jazz, raczej pokaz elektroniczny, muzyka eksperymentalna a momentami techno? Ja jestem w szoku do teraz. Byłam też w szoku, kiedy wracałam do domu. Nie mogłam zasnąć aż do niedzielnego wieczoru. I nie mogę się wciąż pozbierać po tych 5 dniach.
Rapsodie Barbare- Michel Aumont et le Grand Orchestre armorigenE. Fotografia pochodzi ze strony jazznadodra.pl
Królowa Urszula Dudziak
Tomasz Stańko/ Newelectronic z udziałem Leszka Możdżera
Jazzanova feat Paul Randolph
Nonkeen feat Nils Frahm
Jeśli chodzi o małe podsumowanie. Jeszcze nigdy w życiu w ciągu 5 dni nie brałam udziału w tylu koncertach. Dokładnie kiedy to sobie policzyłam wyszło mi 25...łącznie z nocnymi jamami i koncertem na statku. Nawet nie podejmuje się zliczenia ilu artystów udało mi się zobaczyć i usłyszeć, kilkudziesięciu? ponad setka? nie wiem. Zaś koncerty, które zrobiły na mnie największe wrażenie to Archie Sheep, Nik Bartsch.Ronin, nowy projekt Adama Pierończyka, Włodzimierz Nahorny, A Tribute to Jan Johansson, Irek Wojtczak Quintet, Urszula Dudziak, Tomasz Stańko/Newelectronic z udziałem Leszka Możdżera, Jazzanova i Nonkeen z Nilsem Frahmem. Nie było wieczoru i koncertu, który by mi się nie podobał. Wspaniały program festiwalu, każdy odnalazł z pewnością coś dla siebie. Teraz po tym wszystkim, jestem naładowana energią, muzyką i zainspirowana- wiele wykonawców było mi dotąd nie znanych.
Dziękuję wszystkim wspaniałym Artystom, to dzięki Wam zaspokoiłam potrzeby duchowe i przeniosłam się na kilka dni na inną planetę. Jesteście prawą ręką samego Wszechmogącego, jestem pewna, że muzyka ma Boską genezę. Dziękuję bardzo Oli, która uczestniczyła ze mną w większości koncertów. Mimo tego, że do tej pory nie słuchała za wiele jazzu, udało mi się ją zaciągnąć na całkiem sporą liczbę koncertów. I jeśli wierzyć temu co mówi, podobało jej się! Dodatkowo dzielnie znosiła moje stany euforycznego rozemocjonowania muzyką, wiem, że wytrzymanie ze mną czasami nie jest łatwe ;) Ola za rok idziemy na JnO razem obowiązkowo ! Dziękuję najlepszemu dyrektorowi artystycznemu Leszkowi Możdżerowi, za zaproszenie tak wspaniałych artystów, za nieustanne inspirowanie mnie muzyką, energię, chłopięcy optymizm, uśmiech i za wszystko ! Dziękuję też wszystkim słuchaczom i ludziom, którzy wzięli udział w tegorocznej edycji JnO. Niektóre twarze widziałam codziennie. Skoro przeżywamy razem muzykę, jesteśmy jak rodzina, wielka muzyczna rodzina. Do zobaczenia za rok :)
Na koniec skoro jest to blog, na którym założyłam sobie polecać wam różne rzeczy związane z muzyką to przy okazji tego posta polecę Wam dwie rzeczy. Po pierwsze to to, że polecam najlepszy festiwal jazzowy w Polsce- festiwal Jazz Nad Odrą- sprawa oczywista. Po drugie polecam przeżywanie muzyki na żywo i uczestniczenie w koncertach (aktywnie). Muzyka w moim odczuciu jest czymś tak wzniosłym i prawdziwym, że trzeba ją przeżywać totalnie. Jesteśmy ludźmi różnymi pod wieloma względami, to co jednak nas łączy i spaja to między innymi wspólne przeżywanie muzyki. Te kilka ostatnich dni uświadomiło mi, ze trzeba czasami dać się porwać, otworzyć na drugiego człowieka (a że ja jestem z natury samotnikiem i dzikusem nie jest to takie proste). Nie dajmy się zwariować dzisiejszym czasom, chodźmy na koncerty, cieszmy się sobą nawzajem i muzyką, to takie proste.
Prawie wszystkie zdjęcia, które zamieściłam w tym poście są autorstwa BTW Photographers. Jeśli jest inaczej, źródło jest podane w opisie zdjęcia.