niedziela, 16 października 2016

Nowości płytowe 14.10.2016. Moby&The Pacific Void i ich punkowy manifest o tym,że nasze systemy upadają. Kings Of Leon- płyta Walls, Polska Królowa jazzu- Dorota Miśkiewicz i projekt Piano.PL, wspaniała Beth Hart z nowym albumem Fire On The Floor

   Cóż Witam was w kolejnym, szarym burym i ponurym dniu, jesień nadeszła i odsłania nam od dłuższego czasu swoje, raczej mało atrakcyjne oblicze. Nawet mnie ogarnął jakiś taki jesienny marazm. No bo "Ciągle Pada", ludzie chodzą jacyś tacy przygnębieni. Na rowerze jeździć w taką pogodę nieprzyjemnie. Istna tragedia...Miałam kilka dni wolnego, pojechałam do siebie, do Wałbrzycha. Miałam zamiar całymi dniami chodzić po lesie, po górach, a tutaj... deszcz się lał z nieba non stop. Siedziałam więc w domu, trochę czytałam, z nudów wgapiałam się w bezsensowne oblicze telewizora.Nawet pies był jakiś taki osowiały, spacery odbywał z musu, robił co musiał i odwracał się na pięcie w kierunku domu. Jak zwykle jednak, jedynym sensownym ratunkiem od tego wszystkiego jest muzyka. W muzyce nie ma ograniczeń, więc kiedy za oknem paskudna jesień, w słuchawkach preferowane są zdecydowanie słoneczniejsze i pozytywne rytmy. Jesień może nie rozpieszcza idealną pogodą, ale za to właśnie teraz otwiera się na nowo sezon koncertowy, a nowości wydawnicze sypią się jak z rękawa. Dziś wybrałam dla Was cztery naprawdę wspaniałe nowości, nowy Moby, Kings Of Leon, Dorota Miśkiewicz i na końcu petarda w postaci Beth Hart. A to dopiero początek nowości wydawniczych, które pojawią się w ostatnim kwartale tego roku. Napewno będę o nich pisać, a tymczasem więcej piątkowych nowości tutaj. Trzymajcie się dzielnie i ciepło, paniwdredach :)!
Moby - These Systems Are Failing
Moby - These Systems Are Failing

   Czy jest ktoś, kto choć raz nie słyszał takich utworów jak "Porcelain" czy "In This World"? Chyba nie, każdy choć raz słyszał i pewnie też kojarzy ich sympatycznego autora, niskiego, łysego okularnika, Moby'ego. Od wypuszczenia tamtych singli minęło już sporo lat, a Moby'emu całkowicie wypadła reszta włosów z głowy, ciągle jednak może pochwalić się imponującą aktywnością artystyczną, Ten mały ciałem, a wielki duchem człowiek, jest amerykańskim wokalistą, kompozytorem, multiinstrumentalistą, DJ-em oraz producentem muzycznym. Oprócz tego, jest weganinem, aktywistą głośno walczącym o prawa zwierząt, a także człowiekiem mocno zwracającym uwagę na problemy współczesnego świata...Przyszedł czas na to, by to wszystko zawrzeć na płycie. Moby przyzwyczaił nas raczej do muzyki elektronicznej, klubowej, w tym roku wypuścił nawet płytę ze spokojną muzyką ambientową, płyta "These Systems Are Failing" niejednego z pewnością zdziwi, jest to bowiem płyta-manifest. Co ciekawe można powiedzieć, że jest to poniekąd album debiutancki??? Moby stworzył bowiem zupełnie nowy projekt, Moby&The Void Pacific Choir. Na płycie znalazło się 9 utworów, prezentujących szerokie spektrum muzycznych gatunków, od punku, post-punku po new wave i klasycznego elektronicznego brzmienia. Prym wiedzie brudne brzmienie gitar, a starego Moby'ego usłyszmy w licznych elektronicznych pasażach, powtarzających się transowych motywach elektronicznych. Z muzyki wyłania się surowy wokal, euforia miesza się z rozpaczliwym wrzaskiem.Moby desperacko zwraca się do nas, krzyczy o tym, że nasz świat się kończy, że mamy to na własną prośbę...Nowy album to powrót do mocnych punk rockowych brzmień, bo chyba nie ma lepszego gatunku do zobrazowania buntu, jak punk. Cały album jest postulatem, krytyką współczesnego świata, cywilizacji, w której żyjemy. Weźmy na przykład teledysk do tytułowego utworu z płyty- "These Systems Are Failing", utwór pokazuje wszystkie współczesne grzeszki, konsumpcjonizm, kataklizmy, brak poszanowania dla natury, brak szacunku do zwierząt, kapitalizm, a także brudny świat polityki. W teledysku Moby śpiewa pośrodku lasu, stojąc w wyschniętym korycie rzeki, później na ekranie widzimy migawki, pokazujące m.in wycinkę lasu, powodzie, przeludnienia, stłoczonych pracowników fabryk, zwierzęta prowadzone na ubój, czy załadowane po brzegi kosze zakupowe...Mroczny, apokaliptyczny manifest dołączony w  formie książeczki do płyty głosi :" Systemy upadają, nasze wybory nas zabijają (...)niszczymy świat i nadal czujemy się nieszczęśliwi". Utwór "Don't Leave Me"- w teledysku do tego utworu, migawki z koncertu, przepleciono z obrazami zwierząt czekających na rzeź...Utwór krzyczy, patrzcie na te zwierzęta, na ich cierpienie, te biedne zwierzęta za chwilę wylądują na waszych talerzach...Moby mówi to wszystko w imieniu tych, którzy sami nie mogą nic powiedzieć. Systemy upadają, upada to co sami sobie zbudowaliśmy. Ta płyta nie brzmi jak zachcianka, nie pachnie fałszem, przesadą, jest to udany eksperyment, a podjęta próba walki z systemem owocna. Płyta pokazuje prawdę w najczystszej postaci. Moby mówi o płycie "Muzyka pop pozostaje interesującym i ważnym medium. Może nie jest to najlepsza sposób, by dogłębnie analizować wszystkie detale bieżącej polityki, ale tworzenie muzyki, którą się kocha i możliwość zwrócenia uwagi na istotne problemy i kwestie, które cię niepokoją tak, by nie zanudzić słuchacza, to nadal coś do czego warto aspirować." Jak widać artysta wciąż wierzy w moc muzyki, moc słowa, bo walka nie musi polegać wyłącznie na wojowaniu szablą...Płyta zaskakuje w warstwie muzycznej, bogactwem pięknych, głębokich brzmień, a teksty piorunują szczerością i celnością. Warto!
Kings Of Leon - Walls
Kings Of Leon - Walls
   Uwielbiany w naszym kraju zespół Kings Of Leon, powraca z kolejną- siódmą (szczęśliwą?) płytą, zatytułowaną Walls. Amerykańską formacje, pochodzącą z Nashville tworzą trzej bracia Followill: Calleb(wokal, gitara), Nathan(perkusja), Jared(bas) oraz ich kuzyn Matthew Followill (gitara). Zespół powstał w 1999 roku, popularność zdobyli płytą wydaną w 2008 roku, zatytułowaną "Only By The Night". Płyta Walls została w całości nagrana w Los Angeles, tytuł albumu stanowi akronim: WALLS- We Are Love Love Songs. Pierwszy utwór na płycie " Waste A Moment" może wielu zawrócić w głowie i rozbudzić nadzieje, na to iż nowy album Kings Of Leon będzie równie melodyjny i przebojowy co kultowy już "Only By The Night". Ten energiczny utwór na początek to jednak najszybszy utwór na nowej płycie. Reszta jest zdecydowanie spokojniejsza, balladowa. Momentami więcej na niej popu niż rocka, ale chyba taki był zamiar. Wokalista zespołu przed wydaniem krążka, powiedział o płycie "The Walls Come Down (ściany opadają)", może więc chodzi właśnie o to, żeby wyjść po za to co utarte i do czego zostali przyzwyczajeni fani. Może Kings Of Leon, chcieli coś zmienić, coś udowodnić. W przypadku niektórych wykonawców, określenie, iż kierują się w stronę popu, niektórych zniechęca i wywołuje negatywne nastawienie. Kings Of Leon, przyzwyczaiło nas do bardziej rockowego grania, ale ich popowa wersja, nieco złagodzona, też może się podobać. Napewno niektórzy będą psioczyć, że to nie to samo, fakt nie znajdziemy tutaj dawnego poweru chłopaków, nie poleje się kurz pot i łzy jak to było na wspomnianym "Only By The Night". Sami panowie mówią, że złagodnieli, że nie przyświeca im już raczej hasło "Sex, Drugs&Rock'n'roll", zamiast tego skupili się na raczej życiu rodzinnym. "We Are Love Love Songs"- faktycznie ściany opadły, zdaje się, że to serca Panów z KOL nieco zmiękły w ostatnich latach. Kiedy słuchałam płyty, od początku do końca, przyznam, że miałam w pewnym momencie wrażenie, że wszystkie utwory są takie same, wieje trochę nudą. Patrząc też, na całą dyskografię grupy, to Walls nie wnosi niczego nowego, jest jakby przezroczysta. Uwagę przykuwają teksty utworów, stanowią bowiem bardzo osobiste historie członków zespołu. Podsumowując warstwa muzyczna raczej nudna i mdła, tekstowo płyta zdecydowanie nadrabia. Nieco nadmiernego spokoju i może za dużo już tych ballad, ale jesienną porą, siedząc w fotelu, słuchając tej płyty i popijając herbatkę, album może się podobać.
Dorota Miśkiewicz - Piano.PL
Dorota Miśkiewicz - Piano.PL


   Piano.Pl to projekt, którego inicjatorką jest niezwykła Polska artystka. O Dorocie Miśkiewicz już kiedyś Wam pisałam- "Obecnie jest bez dwóch zdań jedną z najlepszych wokalistek jazzowych w Polsce. W zasadzie porusza się po wielu stylach muzycznych, od jazzu, smooth jazzu, przez bossa novę, folk, po pop. W swojej dotychczasowej karierze współpracowała np z Cesarią Evorą, Stefano Bollan'im, Nigelem Kenned'ym i wieloma, wieloma innymi. Ciągle tworzy, koncertuje i bierze udział w naprawdę imponującej ilości projektów muzycznych". Powstała właśnie niezwykła płyta, owoc kolejnej wspaniałej muzycznej inicjatywy,lista gości, którzy ją współtworzą jest naprawdę imponująca...Płyta Piano.PL jest zapisem koncertu, jaki odbył się 16 maja 2016 roku w Teatrze Muzycznym Roma w Warszawie.Projekt jest hołdem złożonym polskiej pianistyce. Bo fortepian można chyba uznać z całą pewnością, Polskim instrumentem Narodowym. Nie mówiąc już nawet, o Fryderyku Chopinie, jako kompozytorze najbardziej kojarzonym z naszym krajem. Polska pianistyka to jednak nie "tylko" Chopin, mamy naprawdę wielu wspaniałych pianistów, którzy zresztą wzięli udział w projekcie Piano.PL. Piano.PL to płyta jazzowa, zrodzona ze szczególnej miłości, jaką Dorota Miśkiewicz darzy ten gatunek muzyczny. Dlatego też mówimy tutaj o naszych wspaniałych pianistach jazzowych. Na płycie znalazły się niepowtarzalne duety wokalistki, z pianistami jazzowymi, reprezentującymi różne generacje. Mamy więc pianistów, którzy tworzyli historię polskiego jazzu (Andrzej Jagodziński, Włodzimierz Nahorny),tych którzy tworzą ją współcześnie (Leszek Możdżer, Marcin Wasilewski, Michał Tokaj) oraz najmłodsza generacja artystów, którzy dopiero rozpoczynają swoją przygodę z polskim jazzem (Piotr Orzechowski, Dominik Wania). Inni znakomici artyści występujący u boku Doroty Miśkiewicz to Grzegorz Turnau ( w roli pianisty), w niektórych utworach usłyszmy również wspaniały kwartet smyczkowy Atom String Quartet. Dobór repertuaru na płycie należał do Doroty Miśkiewicz, są to utwory należące do kanonu polskiej piosenki, kompozycje m.in Krzysztofa Komedy, Stanisława Sojki, Jerzego Wasowskiego, słowa do nich napisali m.in Marek Grechuta, Agnieszka Osiecka, Jeremi Przybora czy Wojciech Młynarski. Są to też piosenki, które zwyczajnie są ważne dla Doroty Miśkiewicz. Jeśli zaś chodzi o aranżacje utworów, artyści mieli pełną swobodę wykonania. Niektóre więc utwory brzmią naprawdę zaskakująco, świeżo i inaczej, inni artyści postawili nacisk na jak najwierniejsze odwzorowanie oryginału. Niezwykły projekt, absolutnie wspaniali artyści. Utwory dobrze znane, Polskie klasyki, dostały na nowo skrzydeł, nowej energii. W centrum wszystkiego stoi zaś fortepian, instrument brzmiący najpiękniej na świecie. I mówię to nawet Ja, zakochana w brzmieniu saksofonu, jednak to fortepian uważam za najpiękniejszy, najbardziej uduchowiony i anielsko brzmiący instrument na tej planecie.

Beth Hart - Fire On The Floor
Beth Hart - Fire On The Floor
   Coraz trudniej obecnie znaleźć "prawdziwego artystę", takiego z krwi i kości przesiąkniętego miłością do muzyki. Chociaż może inaczej, jest wielu takich ludzi (na szczęście), ale coraz trudniej ich znaleźć w zalewającej nas fali komercji, która wali po oczach zewsząd. Półki sklepowe uginają się pod ciężarem pseudo artystów, finalistów talent showów, promowanych na siłę. Nie jestem nawet w stanie spamiętać niektórych pseudonimów czy nazwisk. Czasami poddaje się entuzjazmowi innych i przesłuchuje co nieco. Bywa, tak, że zaskakuje się pozytywnie, najczęściej jednak czuje jakiś rodzaj bolesnego zawodu, większość brzmi dla mnie tak samo, bezbarwnie. Bo coraz mniej artystów, którzy nie potrzebują całej tej medialnej gównianej otoczki, opierają się celebryctwu i splendorowi posiadania pieniądza. Artysta dla mnie to taki człowiek, który tworzy muzykę wypływającą z jego serca, uduchowioną, prawdziwą. Całe szczęście, że na tym świecie są jeszcze tacy ludzie. Inaczej tacy jak ja, uzależnieni od tych wszystkich pięknych dźwięków, jakoś stoją na nogach i trzymają się w "ryzach". Beth Hart nieustannie mnie zaskakuje, od samego początku, kiedy pierwszy raz ją usłyszałam. Zaskakuje mnie tylko i wyłącznie pozytywnie. Zrobiła to znowu, bo kiedy pierwszy raz odsłuchałam jej nowej płyty "Fire On The Floor" moje źrenice rozszerzyły się do rozmiaru księżyca w pełni. Bo Pani Beth Hart nie wydaje złych płyt, ani nawet przeciętnych, ona jak coś robi to wychodzi z tego od razu brylant. Jej sukces nie wynika "tylko" z jej potężnego głosu, którego nie powstydziłaby się nawet Janis Joplin. Beth ma talent do komponowania i tworzenia tekstów, ma intuicję, po prostu czuje bluesa i tyle. Beth Hart urodziła się w 1972 roku w Los Angeles. Jest wokalistką, autorką tekstów, pianistką i gitarzystką. Głośno zrobiło się o niej, kiedy nawiązała współprace, najpierw z Jeffem Beckiem, później ze Slashem czy Joe Bonamassą. Z tym ostatnim nagrała kilka naprawdę świetnych płyt, czy to studyjnych czy koncertowych. Zaczynała od rocka, później jej muzyka ewoluowała w kierunku bluesa, a nawet jazzu. Płyta Fire On The Floor to już trzynasty album w dorobku Beth, w 100% autorski.  12 utworów, które znalazły się na płycie, zostały nagrane w zaledwie 3 dni, w domowym studiu w Kalifornijskim Toluca Lake. Udział w nagraniach oprócz wspaniałej Beth Hart, wzięli: Michael Landau (gitara), Waddy Wachtel (gitara), Brian Allen (bas), Rick Marotta (perkusja), Jim Cox (klawisze), Dean Parks (gitara akustyczna) oraz Ivan Neville (organy). 12 utworów, każdy inny, różnorodny, obrazujący zupełnie inne emocje, trudne i na przemian radosne, historie mocno osobiste. Odnajdziemy na tej płycie piękne ballady, utwory typowo taneczne, kawałki hipnotyzujące zmysłowością, jest tutaj blues, rock, jazz, folk, a nawet country. Dla Beth Hart i jej niesamowitych możliwości wokalnych, repertuar, styl nie mają znaczenia. Ona zaśpiewa wszystko. Otwierający album "Jazz Man" zgodnie z tytułem, przenosi nas w świat jazzowego feelingu, do małego zadymionego klubu, gdzie na scenie stoi Beth i śpiewa tak, że ciarki przechodzą. Utwór "Coca Cola", spowity został duchem nieodżałowanej Janis Joplin. Potęga wokalu Beth ujawnia się w pełnej krasie  w tytułowym "Fire On The Floor". Z kolei na "Let's Get Together" zostajemy wciągnięci w taneczny wir, lekki o zdecydowanie pozytywnym wydźwięku utwór."Love Is A Lie" emanuje emocjami, utwór mocny, rockowy. "Fat Man", prym tutaj wiodą gitary, utwór z przymrożeniem oka, zabawny i lekko zadziorny. Tytułowy "Fire In The Floor" to potęga bluesa, opowiada o trudach miłości . "Woman You've Been Dreaming Of", piękny, spokojny utwór, w którym Beth, dzieli się z nami przeżyciami, jakie towarzyszyły jej podczas rozwodu jej rodziców. Kolejny utwór na płycie wprowadza znowu zupełnie inne emocje, energiczny, szybki, gitarowo-fortepianowy "Babe Shot me Down". Album jest sinusoidą jeśli chodzi o uczucia i style, ogień miesza się z wodą. Przepiękny akustyczny utwór "Picture In A Frame", gdzie głosowi Beth towarzyszy jedynie fortepian. Ostatni utwór na płycie "No Place Like Home" opowiada o trudach życia w trasie, o tęsknocie za domem, kiedy większą część roku spędza się w trasie koncertowej. Co tutaj dużo mówić, album jest piękny pod każdym względem. Dźwięki otulają, wprowadzają w nastrój, by za chwilę wybuchnąć wulkanem energii. Piękne osobiste teksty, wyśpiewywane z serca. Wspaniała płyta, którą słucha się w wielkim napięciu, od początku do końca. A na końcu chce się jeszcze więcej i więcej...

sobota, 1 października 2016

Międzynarodowy Dzień Muzyki. Opowieść o tym, jakie płyty kocham najbardziej.

   Kochani! Dziś, 1 października na całym świecie obchodzony jest Międzynarodowy Dzień Muzyki. Z miłości do muzyki piszę tego bloga, muzyka stanowi bardzo ważną (jeśli nie najważniejszą) część mojego życia. Bardzo wiele jej (muzyce) zawdzięczam i nie wyobrażam sobie życia w ciszy (choć cisza to też muzyka, z tym, że trochę innego rodzaju). Dzisiejsze święto obchodzone jest od 1975 roku, inicjatorem zaś był Jehudi Menuhin, nieżyjący już wirtuoz skrzypiec oraz dyrygent. Międzynarodowy Dzień Muzyki, ma podkreślić rolę jaką muzyka pełni w życiu ludzi, a także zwrócić szczególną uwagę na artystów, którzy muzykę tworzą. No więc właśnie, Moi Drodzy, czym dla Was jest muzyka? Czy jest ważna, zakładam, że tak skoro tutaj zaglądacie. Czy macie swoich ulubionych wykonawców, artystów, swoje ulubione płyty, pojedyncze utwory? A może sami tworzycie muzykę, gracie, śpiewacie, komponujecie? W jakikolwiek sposób jesteście związani z muzyką, spędźcie ten dzień muzycznie wyjątkowo :) Posłuchajcie ulubionego wykonawcy, ulubionej płyty, idźcie na koncert lub sami coś zagrajcie, poddajcie swoje ciało i duszę działaniu magii dźwięków.

Kiedyś pisałam Wam o mojej miłości do płyt winylowych (link tutaj). Przy okazji tamtego posta obiecałam Wam, że kiedyś opowiem o kilku moich ulubionych winylach z kolekcji. Oprócz płyt winylowych zbieram również płyty CD, moja płytoteka systematycznie się rozrasta, doszło już nawet do tego, że powoli nie mam już na nie miejsca. Pomyślałam sobie, że z racji dzisiejszego święta opowiem Wam o moich ulubionych płytach w kolekcji, czy to Cd czy analogach. O płytach, które znaczą dla mnie dużo, które z czymś lub kimś mi się kojarzą. Myślę, że każdy z nas ma takie krążki, do których ciągle wraca. Kiedy zaczęłam się nad tym zastanawiać, okazało się, że takich ulubionych płyt mam naprawdę sporo, wybrałam 24. To są albumy, do których systematycznie wracam, częściej lub rzadziej, ale zawsze po jakimś czasie się pojawiają. Kolejność płyt jest przypadkowa, z wyjątkiem pierwszej płyty (która naprawdę jest w moim sercu pierwsza). O to one.
Możdżer/Danielsson/Fresco - The Time

O niej zacznę, bo dosłownie wywróciła moje życie do góry nogami. Związana jest z moimi początkami słuchania jazzu, a jazz okazał się gatunkiem najbliższym memu sercu. Zanim pojawiło się The Time, kupiłam przypadkiem Kaczmarek by Możdżer, przesłuchałam i oniemiałam. Wcześniej nie słuchałam za dużo ani muzyki filmowej, ani jazzu, ani pianistyki w ogóle. Aż tu nagle, jak grom z jasnego nieba. W serwisie youtubie przesłuchałam fragmenty The Time i byłam tak bardzo poruszona, że nie mogłam kilka dni dojść do siebie. Musiałam ją kupić, żeby przesłuchać ją od deski do deski. Słuchałam jej wtedy non stop, codziennie przez około 3-4 tygodnie. Ciągle do niej wracam, niezależnie od nastroju, pory roku. Towarzyszy mi w momentach, kiedy chce w samotności zaszyć się w domu, kiedy trzeba poprawia mi nastrój, a innym razem wzrusza. Od tamtej płyty w mojej kolekcji pojawiło się ponad 40 różnych płyt Leszka Możdżera, jeżdżę na każdy jego koncert na jakim tylko mogę być i jest to artysta za którym zawsze stanę murem. Jego muzyka jest dla mnie najważniejsza, trafia dokładnie tam gdzie trzeba- w sam środek mnie. Myślę też, że jest to tak silna muzyczna więź, że będzie towarzyszyć mi do końca życia. W mojej kolekcji znajduje się wersja CD jak i winyl, obie z podpisem Leszka.
Sonny Rollins - Saxophone Colossus

Przyznam z ręką na sercu, że Sonny jest jednym z moich ukochanych saksofonistów, a początek Saxophone Colossus mogę Wa zanucić z pamięci o każdej porze dnia i nocy. Płytkę kupiłam sobie kiedyś sama, po tym jak przez przypadek na jednej z wielu składanek jazzowych ze standardami, usłyszałam utwór St.Thomas, pochodzący z tejże płyty. Sonny Rollins to amerykański saksofonista i kompozytor, 7 września świętował swoje 86-te urodziny. Wiek mu jednak nie przeszkadza, wciąż aktywnie koncertuje i wydaje płyty. W 2011 roku, odwiedził Wrocław i zagrał na festiwalu Jazztopad.
John Coltrane - Blue Train

Niezwykle ważna dla mnie, jak i dla milionów jazzfanów na całym świecie. Płyta absolutnie kultowa. Mam ją w wersji analogowej, dzięki czemu brzmi jeszcze bardziej wyjątkowo. Nie pamiętam nawet, kiedy pierwszy raz usłyszałam Blue Train, ta płyta trafiła do mojego serca, jakby naturalnie, jako następstwo mojego "odkrywania jazzu". Najważniejsza płyta saksofonowa, najważniejszego saksofonisty w historii muzyki jazzowej. To nie są tylko słowa, ta płyta ma naprawdę niezwykłą moc, mijają lata od jej nagrania (1957 rok), a ona ciągle porusza, starych i zupełnie nowych fanów jazzu na całym świecie.
Miles Davis - Kind of Blue

No tak, tej jak poprzedniej nie mogło zabraknąć w tym "zestawieniu" tak tej tym bardziej...Tą najważniejszą jazzową płytę w historii, dostałam od kogoś, kto jest swego rodzaju moją muzyczną pokrewną duszą. Kind of Blue, została nagrana w 1959 toku, co ciekawe jest to album czysto improwizowany. Przed nagraniem, Miles dał muzykom jedynie niewielkie wskazówki, nie miał przygotowanych gotowych kompozycji. Uważał, że brak nut, powoduje większe skupienie muzyków i przynosi po prostu lepsze efekty. No cóż Miles to Miles, czapki z głów.

 J.J. Cale - Troubadour

Najważniejsza bluesowa płyta w moim życiu. Kupiłam ją w wersji winylowej, kilka lat temu w jednym z Wrocławskich antykwariatów. Usłyszałam pierwszy raz na początku mojej pracy w Empiku, ktoś puścił ją zwyczajnie na sklep. J.J. Cale to Amerykański gitarzysta wokalista i kompozytor, urodził się w 1938 roku, a zmarł w 2013. Był inspiracją dla wielu znakomitych muzyków, przez wielu niestety był też niedoceniany. Jego najbardziej znane utwory, takie jak Cocaine czy Afer Midnight rozsławił jego przyjaciel- Eric Clapton. Do dziś wielu mylnie zresztą myśli, że to Clapton jest ich
kompozytorem.
U2 - Joshua Tree

Zespół U2 to moja wielka młodzieńcza miłość, która nie przeminęła i trwa nadal. Joshua Tree, to pierwszy ich album, który sobie kupiłam, to też jeden z moich pierwszych winyli w kolekcji. Przez wielu fanów krążek uważany jest też za najważniejszy w ich dyskografii. Album zawiera takie nieśmiertelne utwory jak "With or Without You" czy "I Still Haven't Found What I'm Looking For". Płyta piękna pod każdym względem, różnorodna i zawierająca wspaniałe, ponadczasowe słowa.

Pink Floyd - The Division Bell

Pink Floyd jest w moim przypadku ciekawym przypadkiem. Nie byłam w stanie słuchać (pojąć) ich muzyki dosyć długo. Próbowałam w liceum, to był etap moich muzycznych poszukiwań. A przecież to zespół kultowy, więc czemu ja miałabym nie słuchać. Strasznie się wtedy zraziłam, ich muzyka wydawała mi się mroczna, zimna, niedostępna i po prostu dziwna. Dobrych kilka lat później, postanowiłam posłuchać Division Bell, trochę z ciekawości, chciałam sprawdzić czy dalej czuje to samo. I tak od pierwszych sekund dostałam olśnienia, poczułam się tak, jakbym poznała przyjaciela. Przestudiowałam wtedy całą ich dyskografię, przesłuchałam wszystko od deski do deski. Division Bell, płyta pochodząca z późnej twórczości Floydów, stała się moim ulubionym albumem. Niedawno we Wrocławiu wystąpił na koncercie David Gilmour, słyszałam muzykę Pink Floyd na żywo i czułam się wtedy niesamowicie, jakbym latała, unosiła się gdzieś. Odkąd pokochałam Floydów, dostaję jeden ich album w wersji winylowej od moich rodziców z różnych okazji, urodzin czy świąt. Uwielbiam to :)

Tomasz Stańko Quintet - Dark Eyes

Płytę dostałam po kilku latach mojej przygody ze słuchaniem jazzu. Dobrze, że tak się stało, bo brzmienie Tomasza Stańki jest tak specyficzne i indywidualne, że kiedyś bym tego nie zrozumiała, a wtedy ominęło by mnie coś ważnego. A tak teraz, Tomasz Stańko jest jednym z moich ulubionych Polskich muzyków jazzowych, mam do niego przeogromny szacunek. Nawiasem mówiąc, Pan Tomasz miał i ma bardzo ciekawe życie, o czym możecie przeczytać w jego autobiografii- Desperado. Wracając do Dark Eyes, na płycie znalazł się utwór Terminal 7, który jest motywem przewodnim serialu Homeland. Płyta bardzo klimatyczna, przestrzenna, a nawet nieco mroczna, idealna na rozpoczynającą się właśnie jesień.
Zbigniew Namysłowski - Air Condition

Kiedy kupiłam sobie saksofon i zaczynałam niejako odkrywać ten instrument (co nie udało mi się całkiem do dziś), strasznie chciałam słuchać tylko i wyłącznie saksofonu. Szukałam najpierw na naszym rodzimym gruncie i tak praktycznie od razu, pojawiło się nazwisko Zbigniewa Namysłowskiego. Pewnego razu na jednej z giełd staroci, grzebałam w wielkim stosie winyli, sprzedawca zapytał czy szukam czegoś konkretnego, odpowiedziałam, że saksofonistów, a Pan na to, ach proszę bardzo i wręczył mi Air Condition. Kupiłam oczywiście nawet bez negocjacji cenowych. Przez tę płytę pokochałam muzykę Pana Namysłowskiego absolutnie i teraz zajmuje on u mnie pierwsze miejsce wśród Polskich saksofonistów. Dwa razy widziałam jego występ na żywo, niedawno skończył 77 lat i wydał kolejną (świetną!) płytę.
Rodriguez - Searching For Sugar Man

Rodrigueza także pierwszy raz usłyszałam w empiku. Searching For Sugar Man to ścieżka dźwiękowa, towarzysząca filmowi poświęconego temu niezwykłemu artyście. Nagrał płytę, która pozornie nie odniosła sukcesu, zapadł się pod ziemię...Jakimś cudem płyta dotarła do Południowej Afryki, gdzie odniosła spektakularny sukces. Nie było by w tym nic niezwykłego, jest tylko mały szczegół: Rodriguez przez lata nie wiedział, jak bardzo jest popularny, pracował na budowie i wiódł spokojne życie śmiertelnika. Cała ta historia i film jest szczególna i absolutnie niezwykła. Najbardziej jednak urzeka muzyka Rodrigueza, która poprzez swoją szczerość i jego niezwykły głos zapada w pamięć na długo...

Frank Sinatra - My Way

No cóż, kupiłam winylową wersję My Way pewnego razu na giełdzie staroci w Wałbrzychu, za przysłowiową złotówkę...Przesłuchałam ją niezliczoną ilość razy, a to co lubię w niej najbardziej to to, że jest winylem. Bo brzmi niezwykle, a przez to, że już podczas zakupu była w średnim stanie, moje wielokrotne przesłuchania doprowadziły to tego, że tytułowe My Way, trzeszczy, zawodzi, a Frank śpiewa przeciągliwie Myyyy Waaaayyy, jak gdyby miał zaraz skonać. I to zawsze mnie rozczula, bo nie dość, że sama płyta, nagrana w roku 1969, przenosi nas w inny świat niczym w swoistą podróż retro, to jeszcze te winylowe zawodzenia i trzaski, z których wyłania się ten charakterystyczny ciepły,a zarazem mocny głos Sinatry. Uwielbiam !

Czesław Niemen&Akwarele - Czy Mnie Jeszcze Pamiętasz

Kocham muzykę Niemena od dziecka. Chyba odziedziczyłam ją w genach. Kilka lat po śmierci mojej babci (zmarła, kiedy byłam nastolatką) mama słysząc jak po raz enty słucham Pod Papugami (mój ulubiony utwór Niemena) powiedziała, że ten był ulubionym wokalistą babci. Może to nic niezwykłego, bo Niemena kochali w czasach babci chyba wszyscy. Ale tak czy siak, mam swoją winylową wersję Czy Mnie Jeszcze Pamiętasz, a na niej swoje ukochane Pod Papugami. I teraz już zawsze, kiedy słucham Niemena myślę o babci, o tym, że Ona słucha go ze mną.
Sting - Nothing Like The Sun

Zgromadziłam już całkiem sporo płyt Pana Sumnera vel Stinga, czy to CD czy analogów, ta płyta jednak w wersji winylowej była pierwsza. Stinga słucham zawsze jesienią, a najbardziej kocham go za teksty utworów. Ponad wszystko na świecie chciałabym pójść kiedyś na jego koncert, co wydaje się być stosunkowo proste do spełnienia, bo często występuje w Polsce. Jednak zawsze jest jakaś przeszkoda, a to nie ma już biletów, a to cena powala, raz nawet dostałam bilet ale nie mogłam jechać ze względu na egzamin na uczelni. Ale kiedyś napewno w końcu się uda. A w listopadzie jego nowy album, czekam niecierpliwie i słucham poprzednich. A na Nothing Like The Sun znalazły się np Fragile czy Englishman In New York, a to już przecież absolutne klasyki.

O.S.T.R.- Podróż Zwana Życiem

Mam i uwielbiam z całego serca. Przesłuchana kilkadziesiąt razy, nigdy się nie znudzi. Płyta, dzięki której przekonałam się, że hip-hop to też dobra muzyka, że to nie tylko teksty przepełnione wulgaryzmami, przemocą i patologiami,a coś więcej. Płyta z przesłaniem, przemyślana i wspaniała nie tylko w warstwie tekstowej ale też muzycznej.
Ludovico Einaudi - In A Time Lapse

Być może nikogo to nie zdziwi, ale włoskiego pianistę Ludovico Einaudi'ego odkryłam po obejrzeniu filmu Nietykalni, do którego skomponował kilka utworów. W tym samym roku w którym na ekranach pojawił się film Nietykalni, Einaudi wydał solową płytę In A Time Lapse. Kiedy pierwszy raz ją usłyszałam przeszły mnie ciarki, pianista przenosi nas swoją nastrojową, magiczną muzyką w inny świat. Płyta zawsze mnie uspokaja i powoduje swoisty błogi stan. Za każdym razem, kiedy słucham tego albumu, czuję, ze te dźwięki, to coś wzniosłego, niezwykłe uczucie.
Pink Freud - Monster Of Jazz

Rozmawiałam kiedyś z pewnym fanem jazzu, zdziwiony zapytał mnie "To ty nie znasz Pink Freud?! Przecież to jeden z najlepszych zespołów jazzowych w Polsce", no więc wtedy nie znałam. Kupiłam sobie w ten sam dzień właśnie Monster Of Jazz, wróciłam do domu i włączyłam płytę. Później było tylko wielkie wow! Oni są naprawdę jazzowymi potworami, rozbójnikami ! A najlepiej przekonać się o tym, idąc na ich koncert, dopóki nie byłam na koncercie Pink Freud, nie wiedziałam, że podczas koncertu jazzowego, ludzie mogą iść w pogo... Ten męski, zawadiacki jazz w ich wykonaniu, to coś co cenię obecnie tak bardzo, że chodzę na każdy ich koncert jaki grają we Wrocławiu. A już niedługo ruszają w trasę, więc mam nadzieję, że Wrocław także odwiedzą.
Schiller - Leben

No więc, Leben to moja pierwsza płyta CD, zakupiona legalnie w Wałbrzyskim empiku. Zanim ją kupiłam, nagrałam sobie na kasecie jeden utwór Schillera, emitowany codziennie wówczas w radiu. Na całej kasecie, z obu stron, nagrałam wyłącznie tą jedną piosenkę. Schiller to zespół muzyczny, za którym stoi dwóch niemieckich producentów i Dj-ów: Christopher von Deylen oraz Mirko von Schlieffen. Tak zapoczątkowana została moja miłość do muzyki elektronicznej, Schillera słucham do dziś. A ta płyta wciąż jest w mojej kolekcji i wciąż d niej wracam.
Sławek Jaskułke - Sea

Kiedyś, przez zupełny przypadek przesłuchałam płyty Moments Sławka, zapadła mi głęboko w serce. Kiedy na półkach sklepowych pojawiła się płyta Sea, kupiłam w ciemno. Na płycie usłyszmy wyłącznie fortepian, bez żadnych innych instrumentów. Te ascetyczne brzmienie jest tak poruszające, że mogę powiedzieć iż jest to jedna z najlepszych instrumentalnych jazzowych płyt jakie kiedykolwiek słyszałam. Muzyka na niej jest ulotna, delikatna, spokojna, mocno działa na naszą wyobraźnię. Płyta zachwycająca, poruszająca i piękna w swojej prostocie.

Candy Dulfer - Saxuality

No tak, napatrzyłam się kiedyś na występy Candy Dulfer zamieszczone na kanale youtube. Słuchałam i słuchałam, patrzyłam i gdzieś wtedy doszłam do wniosku (jak i miliony innych),że saksofon to niezwykle jazzowy i piękny instrument. Wtedy także, wykluł się u mnie plan, żeby zacząć uczyć się na nim grać. Zrealizowałam jakiś czas potem, kupiłam sobie instrument. Jeśli zaś chodzi o naukę na nim, to idzie mi w kratkę, ale za każdym razem, kiedy tylko biorę saksofon do ręki uśmiecham się jak "głupia do sera". A czy się kiedyś nauczę, mam taką nadzieje ! Jeśli zaś chodzi o samą płytę, to jest to pierwsza wielka płyta Candy, zawierająca nieśmiertelny utwór Lily Was Here, z najbardziej znaną i rozpoznawalną (nie tylko jazz fanom)                                                                                           partią saksofonową wszechczasów.

Krzysztof Komeda Quintet - Astigmatic

Nie można chyba nie mieć w swojej kolekcji i nie podziwiać, najlepszej Polskiej płyty jazzowej, jaka kiedykolwiek została nagrana. Płyta znalazła się na pierwszym miejscu, Jazzowego Topu Wszechczasów, rankingu opublikowanego z okazji 50-lecia magazynu Jazz Forum. Krzysztof Komeda, od wielu wielu lat jest inspiracją dla mniej lub bardziej doświadczonych muzyków w Polsce i nie tylko. Artysta legenda. Każdy fan jazzu powinien znać i mieć Astigmatic w swojej kolekcji.


Włodek Pawlik/Randy Brecker/ Filharmonia Kaliska - Night In Calisia 

To właśnie za tą płytę Włodek Pawlik otrzymał nagrodę Grammy w kategorii "najlepszy album dużego zespołu jazzowego". I przyznam ze wstydem, ze przed Grammy, nie znałam twórczości Pana Pawlika. Więc z czystej ciekawości sięgnęłam po Night In Calisia i tak gościła w moim odtwarzaczu dobrych kilka tygodni. Jest zagrana z rozmachem, wirtuozerią, muzyka jazzowa mocno nawiązująca do muzyki klasycznej. Mam nawet swój egzemplarz z autografem, udało mi się go zdobyć kiedyś na jednym ze spotkań z Włodkiem Pawlikiem. Na nim zresztą porozmawiałam sobie troszkę z artystą o... moim saksofonie. Powiedział, ze saksofon to jeden z najprostszych instrumentów do grania. Cóż... z perspektywy czasu chyba bym z tym polemizowała... ;)

George Michael - Symphonica

Miłością do tego artysty zapałałam, kiedy dostałam bilet na jego Wrocławski koncert. Wcześniej znałam może dwa jego utwory i prawdę mówiąc poszłam na koncert z ciekawości. Siedziałam jak zaczarowana przez ponad dwie godziny jego występu. Od tamtego dnia przesłuchałam jego wszystkie płyty wielokrotnie. George Michael, ma jeden z najpiękniejszych męskich głosów w muzyce. Od wydania ostatniej jego płyty minęło naprawdę sporo czasu i liczę na to, że może kiedyś się jej doczekam. A do płyty Symphonica wracam często, bo przywołuje mi wspomnienia z tamtego Wrocławskiego wydarzenia właśnie.

Dave Douglas - High Risk

Trębacza Dave'a Douglas'a pierwszy raz usłyszałam na ubiegłorocznym Jazzie Nad Odrą. Tamtego wieczoru wraz z towarzyszącymi mu muzykami, zaprezentował nam premierowo materiał z płyty High Risk. Na dwie godziny wbiło mnie w fotel. Nie wiedziałam, że jazz może tak dobrze brzmieć połączony z muzyką elektroniczną. Na scenie oprócz tradycyjnych muzyków jazzowych, komputerowe efekty oraz syntezatorowe cuda tworzył Dj- Shigeto. Wyobraźcie sobie leniwie snujący się dźwięk trąbki, towarzyszące jej brzmienie sekcji rytmicznej, otulone w gąszczu delikatnej elektroniki. Magia!
Jafia - KARAVANA

A to jest znowu historia, która narodziła się w empiku (spotkania z klientami potrafią być często naprawdę inspirujące !). Przyszedł raz Pan, który widząc mnie i moje morze dreadów na głowie, zapytał czy mamy płytę zespołu Jafia. Płytę mieliśmy w sklepie ale nigdy nie zwróciłam na nią większej uwagi. Kiedy mu ją dałam, zapytał czy znam, odpowiedziałam, że nie. Pan był wręcz zdegustowany, jak można nie znać tak kultowego i rozpoznawalnego wśród fanów reggae zespołu jakim jest Jafia. Zawsze lubiłam reggae, ale nie był to u mnie gatunek wiodący. Kiedy wyszedł, postanowiłam przesłuchać to co tak zachwalał. I już po chwili
było mi zwyczajnie wstyd, że dopiero ten Pan właśnie, pokazał mi Jafię. Jafia, kiedyś nazywała się Jafia Namuel, wydali kilka płyt, ale z kilku względów to Karavana zapadła mi w pamięć i serce najbardziej. Zdecydowanie moja ulubiona płyta reggae.

niedziela, 25 września 2016

Nowości płytowe 23.09.2016. Genialny Vangelis wraca z płytą Rosetta, nowa koncertówka Bonamassy, swingujące-country czyli nowy album Johna Scofielda i kompilacja twórczości Bruce'a Springsteena.

   Witajcie po dłuższej nieobecności. Nie myślcie sobie, że skoro milczałam to nie zajmowałam się muzyką. Nic z tego :) Słuchałam muzyki, w każdej możliwej chwili, a, że ostatnio nie ma za wiele u mnie tych wolnych chwil, to już na to nic nie poradzę. W każdym razie za sprawą wielkich kombinacji i decyzji podjętej na ostatnią chwilę, tydzień temu pojechałam do Sopotu na mini festiwal jazzowy. Pobyt w Sopocie trwał niespełna kilka godzin, resztę czasu spędziłam w pociągu ale i tak było warto tłuc się te 600 kilometrów w jedną i drugą stronę :) Festiwal Sfinks Swings odbył się w Sopockim klubie Sfinks700. Wystąpił nowy kwartet Leszka Możdżera, prosto z Włoch Alberto Parmegiani Trio oraz energetyczny Polsko-Amerykański Nat Osborn Band. Wieczór zakończył się nocnym jam sassion do 3 w nocy. Dobrze zrobił mi ten wyjazd, muzyka była nieziemska, a atmosfera w klubie wręcz rodzinna :) Były nawet tańce! Mini festiwal, ale baterie naładowane na jakiś czas. Po czymś takim ciężko wrócić do zwyczajnej pracy no ale cóż. W pracy czekają na mnie za to nowe płyty :) Dzisiaj wybrałam dla Was nową studyjną płytę Vangelisa (naprawdę rarytas), nową koncertówkę Bonamassy, który składa hołd królom bluesa, swingujące interpretacje mistrzów country w wykonaniu Johna Scofielda oraz kompilację najlepszych utworów Bruce'a Springsteena. Więcej nowości tutaj. A tymczasem trzymajcie się i do usłyszenia ! paniwdredach 
Vangelis - Rosetta

Vangelis - Rosetta
   Pisać o kimś takim jak Vangelis, który swoją muzykę tworzy od około 50 lat, to coś naprawdę niezwykłego. Wychowywałam się na jego muzyce, pamiętam, że zawsze jego osobie i twórczości towarzyszyła (w moim odczuciu) jakaś nie do końca pojęta aura tajemniczości, niezwykłości, wzniosłości. Nie wiem czy w 100 % ale napewno dzięki Vangelisowi tak bardzo uwielbiam teraz muzykę elektroniczną, wszelkiego rodzaju syntezatory i tym podobne. Po tylu latach, on wciąż mnie i innych fanów zaskakuje, ciągle coś komponuje i nie jest to byle co, każda kolejna jego płyta to naprawdę wielkie święto, nowy rozdział. Ale też z kilku powodów, Vangelis nie sypie albumami jak z rękawa (chociaż mógłby, w swoich zbiorach ma podobno skomponowany materiał na kilkadziesiąt jak nie kilkaset nowych krążków!), dlatego tym bardziej każda jego nowo wydana płyta to podwójne święto. Vangelis właściwie Ewangelos Odiseas Papatanasiu, urodził się w 1943 roku w Grecji. Był i jest jednym z największych twórców muzyki elektronicznej i filmowej na świecie. Co ciekawe, nigdy nie zdobył formalnego wykształcenia muzycznego, jest raczej samoukiem co czyni go jeszcze bardziej wybitnym. Nagrał 18 albumów studyjnych, kilka albumów pod szyldem John and Vangelis (nagranych wspólnie z wokalistą zespołu YES- Johnem Andersonem), kilkanaście albumów z muzyką filmową oraz wiele wiele innych kompilacji, będących współpracą Vangelisa z licznym gronem muzyków. Sukces komercyjny nadszedł wraz ze skomponowaniem muzyki do filmu Rydwany Ognia, za którą to dostał Oskara w roku 1982. Inne bardziej znane jego krążki to muzyka z filmu Ridleya Scotta- "Łowca Androidów" czy "1492. Wyprawa do Raju". Album "Rosetta", jest 18-tym studyjnym albumem w jego karierze. I z całą pewnością jest to album, do którego wielu będzie wracać często. Inspiracją dla artysty, do stworzenia nowego albumu stało się jego wieloletnie zamiłowanie do nauki i kosmosu. Vangelis mówi:''Mitologia, nauka i podbój kosmosu to tematy, które fascynują mnie od dzieciństwa. Zawsze były w jakiś sposób związane z muzyką, którą tworzyłem''. Nowy album powstał na cześć kończącej się właśnie 12-letniej misji kosmicznej o nazwie Rosetta- Misja Rosetta to przedsięwzięcie Europejskiej Agencji Kosmicznej (ESA), polegająca na próbie lądowania sondy Philae na komecie 67P/Czuriumow- Gierasimienko. Było to pierwsze takie wydarzenie w historii badań kosmicznych, misja zakończyła się sukcesem. Wydanie Rosetty, zbiegło się również z 50-tą rocznicą podpisania przez Vangelisa kontraktu z wytwórnią Decca. Jest to więc trochę album wieńczący, podsumowujący pewien rozdział, etap. Muzyka na Rosettcie, to powrót do tego najbardziej charakterystycznego brzmienia Vangelisa, z początków jego twórczości. A więc dźwięki stworzone wyłącznie na klasycznych syntezatorach. Płyta składa się z 13 utworów, trwa nieco ponad godzinę. Traktować ją należy jak swego rodzaju suitę, nie znajdziemy na niej wielkich hitów, ani utworów w jakimś stopniu wyróżniających się. Muzycznie jest to zespolona całość i tak należałoby odkrywać ten album, słuchając wyłącznie całości. Już po kilkudziesięciu sekundach, minutach uderzy nas naprawdę urzekająca muzyka, magiczna, przenosząca naszą wyobraźnię gdzieś daleko poza ziemię. Utwory urzekają harmonią, powodują wyciszenie, przywołują pewną tajemniczość i melancholię, potęgują siłę natury. Naprawdę niezwykła płyta, nieprzekombinowana, prawdziwa. Zapomniałam dodać, że Pan Vangelis nagrywa jednorazowo, od razu, to znaczy, że nie zmienia niczego, po prostu siada, nagrywa jedną wersje i koniec. Może on sam też ma na ziemi jakąś kosmiczną misje do spełnienia? w każdym razie misja trwa i ciągle odnosi sukcesy. 
John Bonamassa - Live At The Greek Theatre
John Bonamassa - Live At The Greek Theatre
   Ach ten Bonamassa ! Jeszcze dobrze nie zdążyłam ostygnąć po jego ostatniej studyjnej płycie "Blues Of Desperation", wydanej pod koniec marca tego roku,a tutaj kolejny krążek, tym razem na żywo. O ostatniej studyjnej płycie pisałam tutaj. Taka obfitość wydawnicza Bonamassy jednych przyprawia o ból głowy, a mi osobiście zupełnie nie przeszkadza (wręcz przeciwnie). Krążek "Live At The Greek Theatre" został zarejestrowany w sierpniu 2015 roku, w Los Angeles, w ramach ubiegłorocznej trasy koncertowej. Trasa zatytułowana "Three Kings", na której podczas kilkunastu koncertów Bonamassa, prezentował utwory z repertuarów trzech króli bluesa- Freddie'go Kinga, B.B. Kinga oraz Alberta Kinga. Płyta to ponad dwie godziny klasycznego, energetycznego bluesowego grania. Repertuar tworzą praktycznie same standardy bluesowe, utwory niezapomniane , ponadczasowe, m.in: Lonesome Whistle Blues (F.Kinga), I Get Evil (A.Kinga), Oh Pretty Woman (A.Kinga) czy kończący krążek The Thrill Is Gone (B.B.Kinga). W sumie na dwóch płytach znalazły się 22 utwory. Bonamassa do wspólnego muzykowania zaprosił dziesięcioosobowy zespół: Anton Fig (perkusja), Kirk Fletcher (gitara), Michael Rhodes (gitara basowa), Reese Wynans (pianino, organy Hammonda), Lee Thornburg (instrumenty dęte), Paulie Cerra (saksofon), Nick Lane (puzon) oraz trio wokalne- Mahalia Barnes, Jade MacRae i Juanita Tippins. Taki obszerny skład i bogate instrumentarium sprawiają, że utwory brzmią naprawdę potężnie, z siłą swoistego bluesowego big-bandu, a może nawet orkiestry. Jest nie tylko naprawdę zdolnym gitarzystą, całkiem dobrym wokalistą, ale także swego rodzaju kontynuatorem dzieła wielkich mistrzów bluesa, ich spadkobiercą. On sam mówi o sobie, że jest "dzieckiem bluesa, w garniturze i  okularach przeciwsłonecznych". Zwał jak zwał, ale fakt jest taki, że Joe "czuje bluesa" jak mało kto. Żeby tego wszystkiego było mało, to jest też filantropem (do miana superbohatera stąd już blisko). W 2011 roku, Bonamassa założył fundację Keep The Blues Alive, która ma na celu promowanie bluesa wśród młodych muzyków, fundowanie stypendiów szczególnie uzdolnionym młodym bluesmanom oraz wspieranie nauki muzyki w szkołach publicznych. Spora część wpływów z trasy "Three Kings" oraz ze sprzedaży "Live At The Greek Theatre", zasili konto owej fundacji. Ten krążek jest naprawdę wielką ucztą muzyczną, hołdem dla muzyki bluesowej, świetnie zagrany, dopracowany do perfekcji, prezentuje kawał historii muzyki. Dla fanów gatunku i nie tylko, jeśli ktoś zaczyna dopiero swoją przygodę z bluesem może brać w ciemno.
John Scofield - Country For Old Men

John Scofield - Country For Old Men
   John Scofield, amerykański gitarzysta jazzowy, żywa legenda gatunku, prawdziwy mistrz nad mistrzami. Urodził się w 1951 roku, jego dorobek artystyczny jest naprawdę imponujący, a dyskografia tak obszerna, że można spędzić dłuższą chwilę na zliczaniu wydanych przez niego płyt. Współpracował z całą armią najlepszych jazzmanów wszechczasów, z Milesem Daviesem czy Herbie'm Hancock'iem na czele. Być może było tak, że dawno temu, kiedy mały John odkrył w sobie miłość do muzyki, postanowił zostać muzykiem totalnym. Jak postanowił tak zrobił, robi zresztą cały czas. Koncertuje, komponuje i nagrywa jak szalony. Potrafi zagrać chyba wszystko, jeśli chodzi o style i gatunki to nie ogranicza się zupełnie. Odnajduje się świetnie nie tylko w jazzie, ale także w bluesie, soulu, funku, rocku, folku. Jego wizytówką stało się zresztą łączenie jazzu z innymi, wydawać by się mogło zupełnie przeciwstawnymi gatunkami. Płytą "Country For Old Men" otworzył po raz kolejny zupełnie nowy rozdział, tym razem jego inspiracją stały się dokonania wybitnych amerykańskich muzyków country, takich jak Dolly Parton, Hank Williams, Bob Wills czy Merle Haggard. Swingujące country? Niemożliwe? Proszę tylko posłuchać "Country For Old Men", a przekonacie się, że w muzyce wszystko jest możliwe! Na płycie obok Johna Scofielda grającego na gitarach oraz ukulele, występują naprawdę wybitni muzycy: Larry Goldings (organy Hammonda), Steve Swallow (elektryczna gitara basowa) oraz Bill Stewart (perkusja). Inspiracja muzyką country, nie jest w przypadku tej płyty elementem przyćmiewającym, zniewalającym całość. Ta płyta to nie frywolne, wesołe, roztańczone utwory country podane na tacy, nie jest to kolejna odsłona własnych interpretacji standardów country. Jest to krwisty, piękny jazz, prezentujący owszem różne swe oblicza, zwłaszcza te energetyczne, natchniony duchem country. Ten duch unosi się cały czas, a słychać go zwłaszcza w gęstych harmoniach stylu country, które świetnie współbrzmią z tematami jazzowymi. Połączenie swingu z country, chyba jeszcze nikomu nie wyszło tak dobrze. Płyta zarówno dla fanów jazzu jak i country, bo jest to po prostu hołd wielkiego amerykańskiego jazzmana, dla muzyki country, która  jest filarem amerykańskiej muzyki ludowej.
Bruce Springsteen - Chapter And Verse
Bruce Springsteen - Chapter And Verse
   Cegiełkę do swojej dyskografii dołożył w piątek również inny wybitny amerykański gitarzysta, Bruce Springsteen. Bruce aka "The Boss", urodził się w 1949 roku w stanie New Jersey, jest wokalistą, kompozytorem i gitarzystą rockowo-folkowym. W jego obszernym dorobku płytowym znajduje się kilka pozycji, które myślę, że zna większość z nas, płyty "Born To Run" czy "Born In The U.S.A", a już napewno każdy zna lub kojarzy utwór "Streets Of Philadelphia", z filmu Filadelfia, za który dostał Oskara oraz nagrodę Grammy. Wydanie płyty Chapter & Verse, łączy się z wydaniem autobiografii Bruce'a zatytułowanej "Born To Run", która na polskim rynku ukazała się w tym samym dniu co płyta."Chapter &Verse" to wybrane przez Bruce'a najważniejsze utwory w jego dotychczasowej karierze, ułożone tak, by pokazać historię Bossa od samego początku. Utwory na płycie obrazują kolejne etapy w życiu muzyka, kompilacja rozpoczyna się dwoma utworami nagranymi z pierwszą poważną grupą Bruce'a- The Castiles, a kończy utworem z ostatniej studyjnej płyty "Wrecking Ball" wydanej w 2012 roku. Zresztą cała płyta jest dopełnieniem książki, muzyczną ilustracją. To co odróżnia ten krążek od innych z szufladki "Największe Przeboje" itd, to to, że zawiera 5 niepublikowanych dotąd wcześniej utworów, pochodzących z lat 1966-1972. Kompilacja, zarówno dla wiernych fanów Bossa, jak i dla zupełnie nowych słuchaczy. 

niedziela, 11 września 2016

Nowości płytowe 09.09.2016. Nowa płyta w serii Polish Jazz, czyli Polish Jazz-JES! kwintetu Zbigniewa Namysłowskiego, Skeleton Tree, album grupy Nick Cave & The Bad Seeds, The Voice Of Suka- Marii Pomianowskiej, eksperymentalne Trans-Fuzje, nowa płyta Adama Bauera/Adama Bałdycha/Cezarego Duchnowskiego oraz Cezarego Konrada, a na koniec debiutancka płyta duetu Face2Face

   Witajcie :) dziś nowości tak przebogate, że nie wiedziałam od czego zacząć. Jak to się jednak mówi, od przybytku głowa nie boli, narzekać nie zamierzam. Jeśli już mam na coś narzekać, to pozwolę sobie poutyskiwać na fakt, że dziś jest ostatni dzień mojego długiego urlopu, jutro czas zakasać rękawy i wziąć się znowu do roboty. No ale cóż, życie to nie bajka i takie tam, banknoty z nieba nie lecą, pracować więc trzeba. Całe szczęście, że znowu pojawiło się tyle nowych, świetnych płyt, że muzyka napewno osłodzi mi nadchodzące dni. Oby również i Wam ;) W piątek swoje premiery miały między innymi: nowy album kwintetu genialnego Zbigniewa Namysłowskiego, Polish Jazz-JES! wydany w dniu 77 urodzin mistrza. Ukazała się również nowa płyta grupy Nick Cave & The Bad Seeds, świetny album Marii Pomianowskiej, ukazujący brzmienie staropolskiego instrumentu ludowego-suki biłgorajskiej. Panowie Adam Bauer, Adam Bałdych, Cezary Duchnowski oraz Cezary Konrad zaprezentowali album Trans-fuzje, będący eksperymentem, fuzją jazzowo-elektroniczną. W piątek wyszedł również krążek duetu Face2Face, będący z kolei jeszcze większą mieszanka stylistyczną i jednocześnie płytą zaskoczeniem- coś jak kinder niespodzianka. Nie wiesz co jest w środku, otwierasz i cieszysz się z zawartości. A, bym zapomniała, wczoraj byłam na koncercie Jimek/Miuosh/NOSPR, na placu Wolności we Wrocławiu. Liryka hip-hopu została okraszona potęga brzmienia orkiestry symfonicznej, kolejny świetny koncert w ramach Europejskiej Stolicy Kultury Wrocław 2016. A tymczasem zachęcam do czytania, więcej piątkowych nowości tutaj. Tradycyjnie, do następnego ! paniwdredach
Zbigniew Namysłowski Quintet - Polish Jazz - JES! Seria Polish Jazz Volume. 77
Zbigniew Namysłowski Quintet - Polish Jazz - JES!. Seria Polish Jazz Volume. 77
   Zbigniew Namysłowski - Od wielu lat filar i czołowa postać polskiej sceny jazzowej. Jest jednym z ojców jazzu w Polsce, kiedy Namysłowski zaczynał swoją przygodę z tym gatunkiem, jazz dopiero co rozkwitał w naszym kraju. O jazzie i jazzowaniu powiedział kiedyś tak: "jestem szczęśliwy, że jestem muzykiem jazzowym, nie zamieniłbym tego zajęcia na żaden inny zawód. Jazz to jest niebywała możliwość twórczego rozwoju, swobody, możliwość wyboru stylu, improwizowanie, szansa wyżycia się, to daje radość i satysfakcję". Tak właśnie czuje i mówi ktoś, dla którego praca jest jednocześnie pasją, sensem życia. Zbigniew Namysłowski urodził się 9 września 1939 roku, kilka dni po wybuchu II Wojny Światowej.Uczęszczał do szkół muzycznych, początkowo grał na fortepianie, później wiolonczeli. Punktem przełomowym był dla niego pierwszy Festiwal Jazzowy w Sopocie (jeden z najstarszych festiwal jazzowych w Polsce), wtedy zakochał się w jazzie. Niedługo po tym wydarzeniu, zaczął naukę gry na puzonie. Na saksofonie, zaczął grać w 1960 roku. Wydał masę płyt, zagrał setki koncertów, koncertował z całą plejadą świetnych polskich muzyków. Koncertował chyba na wszystkich kontynentach, był pierwszym Polakiem grającym jazz w Stanach. Jest muzykiem o niespożytej energii, jest aktywny do dziś, czego wyrazem jest płyta. "Polish Jazz-Jes!", płyta, która jest kontynuatorem kultowej polskiej serii wydawniczej - Polish Jazz, zapoczątkowanej w 1965 roku. Od kilkunastu lat jednak, w serii nie pojawiła się żadna nowa płyta, ostatnia ( o numerze 76) wydana w 1989 roku. Podwójnie cieszy więc fakt, że na rynku nie tylko pojawiły się reedycje poszczególnych płyt serii, ale po wielu latach Polish Jazz na dobre wznowił działalność. Polish Jazz Volume 77 zostaje wydana w dniu 77 urodzin mistrza Zbigniewa Namysłowskiego. "Polish Jazz-Yes!" składa się z 9 kompozycji, są to utwory absolutnie premierowe, wszystkie autorstwa Zbigniewa Namysłowskiego. W składzie kwintetu obok lidera grającego na saksofonie altowym i sopranowym, znaleźli się świetni muzycy młodego pokolenia: Jacek Namysłowski (puzon), Sławek Jaskułke (fortepian), Paweł Puszczało (gitara), Andrzej Święs (gitara) oraz Grzegorz Grzyb (perkusja).
Materiał z nowego albumu powstał dwa lata temu, prezentowany był na koncertach ale właśnie teraz doczekał się debiutu fonograficznego. Tytuł albumu przypieczętowuje kierunek artystyczny Namysłowskiego, który od wielu lat z mistrzowską konsekwencją, gra jazz głęboko zakorzeniony w kulturze polskiej, folklorze, ludowości, można chyba powiedzieć Polski-słowiański-ethno-jazz. Tytuł nie jest też przypadkowy, bo Polish Jazz według Pana Namysłowskiego oznacza "to wszystko, co grają polscy muzycy". Płyta śmiało może stać się wizytówką polskiego jazzu, znajdziemy na niej przepiękny, wyrafinowany jazz akustyczny nasycony tradycyjnym polskim folklorem, różnych zakątków naszego kraju (Mazowsze, Podhale, Kraków). Muzyka z nowej płyty jest niezwykle miła dla ucha, bardzo przystępna, przy tym niesamowicie wyrafinowana, barwna (tak jak i Polski folklor). Utwory są wesołe, żywiołowe, taneczne wręcz, a słuchając instrumentarium, ma się wrażenie jak gdyby odbywały one ze sobą jakąś figlarną rozmowę. Zresztą to już klasyka, że utwory mistrza Namysłowskiego brzmią tak, jakby były przepuszczone przez pryzmat różowych okularów, okraszone dużą dozą humoru. Swoje melodie Namysłowski opiera na kompozycjach polskich tańców ludowych: w jego utworach usłyszymy więc pląsające oberki, mazurki, kujawiaki czy krakowiaki. Bardzo często kompozytor inspiruje się również muzyką góralską- na nowej płycie da się to usłyszeć np. w utworze "Jadąc Zakopianką".Oprócz inspiracji tradycyjnym polskim folklorem, na Polish Jazz- JES! wyczuwa się również fascynację kompozytora wschodnim orientem, da się słyszeć wpływy hiszpańskie czy arabskie (Abrabesqua, Ślepa Komenda).Ta płyta to naprawdę wielkie muzyczne wydarzenie, wkład tej muzyki do polskiego jazzu jest uważam ogromny. I nie przesadzę z tym, że postawiłabym ją na piedestale, wśród najlepszych polskich płyt jazzowych wszechczasów. Numer 77 z serii na 77-te urodziny mistrza Namysłowskiego, tyle siódemek razem to nie przypadek ;)

Panie Zbigniewie, Pana muzyka zajmuje w moim sercu miejsce szczególne, dziękuję, za niesłabnący entuzjazm i chylę czoła!

ps: tak wygląda mój świeżutki egzemplarz Polish Jazz-JES!, w dodatku z autografem :):) płyta pięknie wydana, CD opakowanie digipack, w środku całkiem spora książeczka z opisem płyty oraz wywiad ze Zbigniewem Namysłowskim. W październiku ukaże się również wydanie analogowe

Nick Cafe & The Bad Seeds - Skeleton Tree

Nick Cafe & The Bad Seeds - Skeleton Tree
   Nick Cave, to prawdziwy współczesny człowiek renesansu. Muzyk, poeta, pisarz i aktor w jednym. Urodził się w 1957 roku w Australii. Spośród kilku projektów muzycznych ten najważniejszy to Nick Cave & The Bad Seeds, grupa, której jest współzałożycielem. Właśnie wydali swój kolejny, 16-ty już studyjny album zatytułowany Skeleton Tree.  Album, jest poniekąd kontynuacją genialnego Push The Sky Away z 2013 roku. Płyta była nagrywana od 2014 roku, w trakcie powstawania albumu Cave przeżył osobista tragedię, śmierć syna. Premiera płyty związana jest również z premierą filmu One More Time With Feeling, który opowiada o zmaganiach artysty z żałobą po utracie swojego tragicznie zmarłego syna, a także o pracy nad nowym albumem. W filmie usłyszymy całość Skeleton Tree. Początkowo film, miał być zapisem koncertu, jednakże po tym jak syn Cave'a zginął, spadając z klifu, zmieniono konwencję filmu. Mówiąc o płycie, nie sposób nie mówić również o filmie, stanowią bowiem całość, kluczem do zrozumienia muzyki jest obejrzenie filmu. Film miał swoją oficjalną premierę 8 września, dzień później swoją premierę miał nowy album Nick Cave & The Bad Seeds. Co ciekawe film wyświetlany był na ekranach kin tylko przez jeden dzień... Kto więc nie zdążył musi czekać na premierę na dvd lub udostępnienie filmu w sieci. Film jest czarno biały, czas po utracie syna był, dla Cave'a jak sam mówi poszukiwaniem drogi w ciemnościach. Skeleton Tree to płyta tak niewyobrażalnie smutna, dosadna i intymna, że gruntowne analizowanie jej i ocenianie nie ma w gruncie rzeczy sensu. Powstała na kanwie tragedii, poprzez słowa na niej i muzykę Cave próbuje zmierzyć się z traumą po stracie dziecka, jest też poszukiwaniem nadziei, że ten ból kiedyś minie. Skeleton Tree jest albumem bardzo oszczędnym w środkach wyrazu, Cave z natury perfekcjonista, tym razem postawił większy nacisk położyć na improwizację i intuicję. Klasyczna Cave'owska recytacja, tym razem jeszcze bardziej dosadna, ponura i emanująca smutkiem, wysuwa się na zdecydowany pierwszy plan. Instrumenty tworzą tło, brzmią delikatnie, nieśmiało, w pierwszym odczuciu są jakby wycofane. Wydawać by się mogło, że brzmienie jest mocno oszczędne, jeśli się jednak wsłuchamy, usłyszymy całe przebogate instrumentarium, oprócz standardowych instrumentów jak gitara akustyczna czy perkusja usłyszymy np wibrafon, dzwony rurowe, syntezatory czy mnóstwo smyczków. Muzyka na płycie pomimo swojego charakteru, pomimo niezwykle osobistego wydźwięku, zdaje się płynąć, całość jest spójna. Nick Cave chyba jeszcze nigdy nie stworzył płyty tak bardzo intymnej, przesiąkniętej żalem i obnażającej go w całości. To jest jednak jego sposób, na to by znaleźć chociaż odrobinę ukojenia. 
Maria Pomianowska - The Voice Of Suka

Maria Pomianowska - The Voice Of Suka
   Tym, którzy znają twórczość Marii Pomianowskiej, napewno nie trzeba opowiadać o znaczeniu tytułu tegoż albumu. Ja jednak, aż do tej pory nie wiedziałam co to takiego jest ta suka? A więc suka to instrument, pełna nazwa to suka biłgorajska. Jest to staropolski instrument smyczkowy, wyglądem mocno przypominający skrzypce (to jest własnie ten instrument znajdujący się na okładce albumu). Nazywany jest też często polskimi skrzypcami. Suka zbudowana jest z drewna czereśniowego, ma od 4 do 7 strun. Instrument zwieńczony jest krótką, szeroką szyjką zakończoną rozetą wyciętą w podstrunnicy. Grający trzyma sukę na kolanie, szyjka instrumentu opierana jest na ramieniu. Dźwięk wydobywamy jest za pomocą pocierania smyczkiem o struny tak jak w przypadku skrzypiec, struny nie dociska się jednak do gryfu, stosuje się tzw technikę paznokciową- skraca się struny poprzez dotykanie ich końcem palca. Obecnie instrument bardzo rzadki, osoby, które na nim grają można policzyć chyba na palcach. Największą popularyzatorką tego niezwykłego instrumentu jest Maria Pomianowska, która zainteresowała się suką jeszcze w latach 90-tych, kiedy to z pomocą kilku osób podjęła się arcytrudnej próby odtworzenia techniki gry na tym instrumencie. Pomianowska nie tylko zrekonstruowała ten instrument, ale także odtworzyła technikę gry oraz stworzyła system strojenia.Po tylu latach przyszedł czas na płytę, którą Pani Maria w całości poświęciła brzmieniu suki biłgorajskiej właśnie. Maria Pomianowska urodziła się w 1961 roku w Warszawie. Jest multiinstrumentalistką, wokalistką i pedagogiem- wykłada na Akademii Muzycznej w Krakowie. Gra na instrumentach smyczkowych: sarangi, suka biłgorajska, wiolonczela. Zgłębia techniki gry na Azjatyckich instrumentach smyczkowych, a także a może przede wszystkim odnajduje i rekonstruuje techniki gry na staropolskich instrumentach smyczkowych. Pasjonuje się muzyką krajów azjatyckich:m.in z Indii ,Japonii czy Chin, od wielu lat popularyzuje w Polsce muzykę z tych krajów. Zaprasza do nas muzyków z różnych zakątków świata, sama prowadziła kilka zespołów tworząc muzykę na styku kilku kultur, zajmuje się także prowadzeniem warsztatów muzycznych. Od 2011 roku jest także dyrektorem artystycznym Warszawskiego Festiwalu Skrzyżowanie Kultur. Nowa płyta zatytułowana "The Voice Of Suka" powstała w całości przy wykorzystaniu zrekonstruowanych polskich instrumentów ludowych smyczkowych. Artyści na płycie: Maria Pomianowska (wokal, suka biłgorajska, fidel płocka), Aleksandra Kauf (wokal, suka biłgorajska, suka mielecka), Iwona Rapacz (suka basowa), Patrycja Napierała (instrumenty perkusyjne). Album składa się z kompozycji autorstwa Marii Pomianowskiej, które powstawały na przestrzeni kilku lat, zaś melodie inspirowane są licznymi podróżami artystki po świecie (głównie krajach Azji). Kompozycje są powrotem do polskiej ludowości, zwrotem w kierunku pierwotnej tożsamości kulturowej (m.in za sprawą zapomnianych instrumentów, będących jakby świadectwem minionej epoki). Muzyka jest wesoła, energiczna, o mocnym celtyckim zabarwieniu. Tradycyjne instrumenty smyczkowe brzmią pięknie, soczyście. Ta płyta uruchamia świat wyobraźni, jest w tym nuta nostalgii, tajemniczość, prawdziwość i magia. Warto posłuchać tej płyty, jestem pewna, że zaskoczy i oczaruje każdego. Tradycja nie musi być nudna, zakurzona, a ten album świetnie to pokazuje. 
Adam Bałdych/Adam Bauer/Cezary Duchnowski/Cezary Konrad - Trans-Fuzja
Adam Bałdych/Adam Bauer/Cezary Duchnowski/Cezary Konrad - Trans-Fuzja
   Transfuzja to pojęcie stricte medyczne, bo za sprawą transfuzji (najczęściej krwi) pacjent odzyskuje siły, zdrowie, nierzadko transfuzja jest zabiegiem koniecznym ratującym życie. Dziś premiera płyty zatytułowanej "Trans-fuzja", przetaczana nam jest nie krew, a muzyka- nieoczywista, eksperymentalna, jazzowo/klasyczna, nasycona efektami elektronicznymi. Autorami tejże płyty są świetni polscy muzycy: Adam Bauer (wiolonczela), Adam Bałdych (skrzypce), Cezary Duchnowski (fortepian, komputer), Cezary Konrad (perkusja).  Część kompozycji na płycie zainspirowana została utworami Witolda Lutosławskiego i opracowana przez muzyków: np "Tort Sachera","Passa","Czwórniak". Reszta utworów to kompozycje własne muzyków: "Broda" (C.Duchnowski), "Ired" (C.Duchnowski), "Inspiration" (A.Bałdych). Materiał z płyty muzycy prezentują od kilku miesięcy na koncertach, bo trans-fuzja to także cykl koncertów (każda z transfuzji z innym motywem przewodnim). Cykl "trans-fuzje", zainicjowany został przez Adama Bauera, do których zaprasza on muzyków reprezentujących różne nurty muzyczne. Wszystko po to, ażeby skonfrontować ze sobą  naprawdę różne muzyczne światy, zestawić ludzi, instrumenty i gatunki. Każda z trans-fuzji była inna, każdy z koncertów miał inny motyw/gatunek przewodni, był np koncert jazzowy, barokowy, etniczny, improwizowany, elektroniczny czy też poświęcony twórczości Witolda Lutosławskiego. Panowie Bauer/Bałdych/Duchnowski/Konrad postanowili pójść jeszcze dalej i zarejestrowali materiał ze swojej trans-fuzji na płycie. Muzyka na płycie jest efektem poszukiwań nowych, głębokich brzmień, udało się to odnaleźć za sprawą technologii oraz połączenia instrumentów- te tradycyjne zostały zestawione z przetworzonym analogowo brzmieniem. Bardzo ważna jest elektroniczna oprawa Cezarego Duchnowskiego i jego charakterystyczna melodyczna linia basowa (Basso Continuo). Dzięki temu brzmienie jest zróżnicowane, awangardowe i intrygujące. Kreatywne podejście muzyków, sprawia, że czuć pewną kontrolowaną swobodę. Muzyczne poszukiwania zakończyły się stworzeniem innowacyjnego brzmienia, ekspresyjnego z wysublimowanymi dźwiękami. Muzyka jest mocno ilustracyjna, stymulująca naszą wyobraźnię. Artyści wykazali się podejściem, który łączy szacunek do tradycji z odwagą tworzenia zupełnie nowych brzmień, istotne jest połączenie tradycyjnego instrumentarium z tym elektronicznym. Muzyka na albumie brzmi momentami bardziej jak rock-progresywny lub muzyka rodem z kosmosu, niż jazz, dlatego nie da się jasno opisać stylu, gatunku- ale to myślę, jej kolejna zaleta. Płyta jest naprawdę ciekawa, zaskakująca i niejednoznaczna. Dźwięki uwodzą, polecam !

Face2Face - Inside The Noise
Face2Face - Inside The Noise
   A na koniec oczywiście coś specjalnego. Face2Face to duet złożony ze skrzypaczki i wokalistki Basi Szelągiewicz oraz Darka Tarczewskiego, który na płycie Inside The Noise śpiewa, a także gra na instrumentach klawiszowych. Oboje są gruntownie wykształconymi muzykami.
Muzycy mają za sobą współpracę z wieloma artystami z Polski, teraz jednak poczynili krok do przodu i postanowili wydać debiutancki krążek. Muzycy o nowej płycie "Być może jest to rodzaj pop-rocka progresywnego z elementami klasyki i jazzu. Mieszanka naszego wykształcenia, wzbogaconego o fascynacje ludzi z różnych obszarów muzycznych i geograficznych, którzy nie kochają określonego gatunku, a kochają muzykę, czerpiąc z niej to, co najlepsze". Właśnie tak, płyta, która pokazuje kilka obliczy muzyki, jest mieszanką stylistyk, gatunków. Na jednym krążku współgrają ze sobą elementy muzyki klasycznej, jazzu, rocka, popu, funku czy disco. Rzeczą wspólną dla wszystkich wymienionych gatunków, jest system dwunastotonowy, na którym się opierają. Cała płyta opiera się wyłącznie na tych dwunastu dźwiękach oktawy- dla kompozytorów było to napewno nie lada wyzwanie. Każdy z utworów jest inny, indywidualny. Na płycie równie ważne co brzmienie, są wokale i niebanalne teksty utworów. Eksperymenty z muzyką doprowadziły duet do połączenia stylów i gatunków, ale także instrumentów- tych klasycznie brzmiących (np. wiolonczela, skrzypce) z niezwykłą melodyjnością i przebojowością. Płyta napewno ciekawa i myślę, że należy patrzeć na nią jak na ciekawy eksperyment muzyczny, formę kreatywnej zabawy muzycznej. 

niedziela, 4 września 2016

Nowości płytowe 02.09.2016. Armeński pianista Tigran Hamasyan i płyta Atmospheres, skandynawski król nu-jazzu, trębacz Nils Petter Molvaer i kompilacja singli nieśmiertelnego Freddiego Mercury'ego.

   Witajcie Kochani ! Troche się ostatnio rzadziej odzywałam, co było spowodowane różnymi rzeczami. Obecnie mam długo wyczekiwany urlop, odpoczywam więc sobie nad ukochanym Bałtykiem. Osiadłam w małej miejscowości (coraz mniej ale jeszcze takie można nad naszym morzem znaleźć), spaceruje, biegam i rozkoszuje się cudowną Polską przyrodą. Nie ma nic lepszego. Słucham muzyki natury, szumu morza, wiatru, szmerów drzew, odgłosu spadającego deszczu. Towarzyszy mi też kilka płyt, ostatnio szczególnie upodobałam sobie album "Tutu" Milesa Davisa, który katuje bez opamiętania, słucham też "Dotyku Chmur" Władysława Komendarka- mistrza klasycznych syntezatorów. Jak widać i słychać, ukochałam sobie w sposób szczególny nie tylko jazz ale i elektronikę. Co ciekawe dzisiejsze nowości również mają takie zabarwienie. Jeden z najpopularniejszych i najlepszych obecnie pianistów, Armeńczyk Tigran Hamasyan wydał właśnie nową płytę po szyldem wytwórni ECM- Atmospheres, płyta przepełniona jazzem, zabarwionym kulturą i muzyką ormiańską, a także okraszona delikatnymi efektami elektronicznymi. Dziś także nowa płyta Norweskiego trębacza nu-jazzowego Nillsa Pettera Molvaera, a na koniec słów kilka o kompilacji prezentującej przekrój przez solową karierę Freddiego Mercurego. Więcej o piątkowych nowościach tutaj. A tymczasem ja rozkoszuję się Bałtyckimi urokami dalej, do następnego ;) paniwdredach
Tigran Hamasyan- Hamasyan. Atmospheres
Tigran Hamasayan- Hamasayan. Atmospheres
   Jak brzmi jazz? Nie da się tak po prostu odpowiedzieć na to pytanie, inaczej brzmi jazz z Polski, inaczej jazz Włoski, inaczej brzmi jazz z Norwegii, a jeszcze inaczej jazz z Armenii. Jazz jest przesiąknięty ludźmi, emocjami i kulturami, można powiedzieć co kraj to inny jazzowy obyczaj. Dzisiejsza premiera za sprawą muzyków pochodzących z Norwegii oraz Armeńskiego pianisty, zabierze nas w przepiękną podróż międzykulturową, podróż  inną niż wszystkie. W centrum tego projektu stoi Tigran Hamasyan- urodzony w 1987 roku, Armeński pianista, piekielnie utalentowany, naukę gry na instrumencie rozpoczął w wieku zaledwie 3 lat. O jego wyjątkowym muzycznym darze świadczy worek nagród, z wygraną na  Montreux Jazz Festival (w wieku lat 16-tu...) i Theleonius Monk International Jazz Piano Competition (wygrał mając zaledwie 19 lat ) na czele. Jego muzyka meandruje wokół jazzu, muzyki klasycznej, folku, poezji, a nawet elektroniki i rocka, przyznać należy, że Tigran łączy to wszystko po mistrzowsku. Inspiruje się grą takich mistrzów jak Herbie Hancock, Jan Sebastian Bach... oraz współczesną muzyką elektroniczną. Jednak to co najważniejsze, to fakt, że Tigran od samego początku tworzy muzykę, która kultywuje dziedzictwo kulturowe swojego kraju, a więc tworzy swoje własne interpretacje tradycyjnych melodii ormiańskich, muzykę czerpiącą z ormiańskiego folku i poezji. Polskim miłośnikom muzyki jazzowej jest doskonale znany, kilka lat temu występował na 48-mym festiwalu Jazz Nad Odrą we Wrocławiu czy na Sopot Jazz Festival 2013. Niektórzy mogą go również kojarzyć ze współpracy z uwielbianym w naszym kraju kontrabasistą Larsem Danielssonem, Tigran zagrał na jego rewelacyjnych płytach Liberetto oraz Liberetto II. Jakiś czas temu, Tigran wpadł pod skrzydła prestiżowej wytwórni jazzowej ECM, która nie wydaje byle czego... Ojcem i przewodnikiem ECM-owskiego stadka jest Manfred Eicher, który ma nosa i świetne ucho, to on był pomysłodawcą płyty Atmospheres. W kwartecie, który zagrał na płycie, obok wspomnianego już Tigrana na fortepianie, grają norwescy muzycy: trębacz Arve Henriksen, gitarzysta Eivind Aarset oraz Jan Bang, który na płycie odpowiada za sample i efekty elektroniczne. Pomimo składu obfitującego w naprawdę świetnych muzyków, to jednak centralną postacią tego projektu jest Tigran Hamasyan, a punktem wyjściowym płyty stały się kompozycje legendy muzyki ormiańskiej, mnicha Komitasa Wardapeta. Atmospheres składa się z dwóch płyt CD, łącznie 15 utworów. Kwartet stworzył niezwykłą muzykę, liryczną, spokojną, która przeszywa i porusza słuchacza do głębi. Na płycie odnajdziemy zarówno tradycyjne ormiańskie melodie ludowe, jak i mnóstwo wyśmienitych improwizacji jazzowych. Płyta brzmi świetnie, w nowoczesnym jazzowym brzmieniu, muzycy odnaleźli klucz do przedstawienia ormiańskiej tradycji muzycznej, robią to z szacunkiem i niezwykłą wirtuozerią. Doznania jakie towarzyszą odsłuchowi mogą nas zaskoczyć, Atmospheres jest płytą, która nie ma granic, linii podziału. Muzycy pochodzący z różnych kultur zespolili się w jedność, a spoiwem po raz kolejny okazała się muzyka, sztuka, która łączy jak żadna inna.
Nils Petter Molvaer - Buoyancy

Nils Petter Molvaer - Buoyancy
   Dwa bieguny, krajobraz rozpostarty pomiędzy ciszą, a muzyczną eksplozją dźwięków- taki jest właśnie nowy album Norweskiego trębacza Nilsa Pettera Molvaera zatytułowany "Buoyancy".Urodzony w 1960 roku, w małej norweskiej wiosce. Od dziecka był przesiąknięty jazzem, ojciec był saksofonistą. W nastoletnim wieku porzucił spokojne życie w małym miasteczku by studiować muzykę w Trondheim. Od samego początku jego muzycznej kariery zasłynął tym, w jaki sposób łączył style muzyczne, łączył to co wydawać by się mogło, nie może ze sobą współistnieć, a więc jazz z popem, rockiem, hip-hopem, funkiem, ambientem czy elektroniką. Jest mistrzem kolaboracji jazzu z innymi stylami muzycznymi. Od pierwszego solowego albumu w 1997 roku, aż do dziś konsekwentnie spełnia swoją muzyczną wizję. Wszystko to sprawiło, że obecnie nazywany jest Skandynawskim królem nu-jazzu, gatunku, który łączy elementy muzyki jazzowej z muzyką elektroniczną. Dla Molvaera, granice tworzenia wyznacza jedynie jego wyobraźnia, dla niego muzyka to nie style, to bogaty, piękny świat, muzyk jest niczym pejzażysta dźwiękowy. Tytuły płyt Molvaera zawsze coś znaczą, są motywem przewodnim, punktem wyjścia. Tak jest i teraz, tytuł "Buoyancy" oznacza ulotny, elastyczny, pogodny, pływalny, unoszący się na wodzie. Tytuł zupełnie trafny, muzycy zgotowali nam przyjemną dźwiękową kąpiel podczas której unosimy się jakby na wodzie, dryfujemy, z głową zwróconą ku chmurom. Mi osobiście z jakiegoś powodu okładka płyty kojarzy się z obrazami mojego ulubionego malarza- Caspara Davida Friedricha, jego obrazy przedstawiają pejzaże, zamglone, tajemnicze, przesycone symboliką. Muzycy na płycie, wykorzystują tak bogate instrumentarium, że można złapać się za głowę. Na "Buoyancy" Nils Petter Molvaer gra na trąbce, śpiewa, a także wykorzystuje masę efektów elektronicznych (np. pętle, automaty perkusyjne). Geir Sundstrl: gitara shankar, gitara elektryczna, elektryczna gitara hawajska, gitara rezofoniczna, Banjo oraz automaty perkusyjne. Jo Berger Myhre: gitara basowa, gitara elektryczna, syntezatory, automaty perkusyjne, głos. Erland Dahlen: perkusja, ksylofon, automaty perkusyjne, fortepian, dzwonki, werble, bębny obręczowe, shaker a nawet...noże i widelce... Sami widzicie, że instrumentów na płycie jest masa, daje to piorunujący efekt "porażenia muzyką", świadczy też o wszechstronności artystów. Nils Petter Molvaer podczas komponowania utworów na "Buoyancy", inspirował się muzyką świata, odbył też liczne podróże w różne zakątki naszej planety, dzięki czemu nowy album jest multikulturowy. Zresztą nawet tytuły utworów są jednocześnie nazwami miejsc. Muzyka na "Buoyancy" nasycona jest transowym brzmieniem, dźwięki wciągają, zachęcają, to niekończący się rytm, bijący puls, a jednocześnie atmosfera jest momentami senna,lekka i ulotna. Brzmienie jest mocno progresywne, momentami psychodeliczne. Liryka przeplata się z racjonalnością, czuć nostalgię i zarazem ciekawość, ta muzyka nie jest oczywista, niczym odkrywanie nowego lądu. Album jest tak bardzo nasycony różnorodnością, że może nawet spowodować zmianę podejścia słuchacza do odbioru muzyki, by słuchać głębiej i widzieć więcej. Znakiem rozpoznawczym jest wyraziste brzmienie trąbki w oceanie elektroniki, Nilsowi daleko do obrazu klasycznego trębacza jazzowego. Płyta na miarę XXI wieku- inteligentna, spójna od początku do końca. Na miarę hałaśliwego świata w którym obecnie żyjemy, pełnego pośpiechu i negatywnych emocji. A ta muzyka przywołuje plastyczne emocje, maluje piękny pejzaż w naszej głowie. I tak jak tytuł sugeruje, faktycznie możemy zanurzyć się w dźwiękach Buoyancy, niczym w pięknym czystym oceanie i godzinami unosić się na wodzie i dźwiękach...Każe nam się skupić by jednocześnie dać nam odprężenie.
Caspar David Friedrich - Wędrowiec przed morzem mgły (1818) 
Freddie Mercury - Messenger Of The Gods The Singles
Freddie Mercury - Messenger Of The Gods The Singles
   I na koniec dziś nieśmiertelny Freddie Mercury. Wyszła właśnie kompilacja, w skład której weszły single z solowej kariery słynnego frontmana grupy Queen. Freddie bez Queen, wydał dokładnie dwie płyty studyjne: Mr. Bad Guy z 1985 roku i album Barcelona z 1988 roku, nagrany wspólnie ze słynną hiszpańską śpiewaczką operową Montsserat Caballe. Na ''Messanger Of The Gods" odnajdziemy różne oblicza Merkurego, zafascynowanego rockiem, muzyką disco ale także rozkochanego w muzyce klasycznej i operze. Niektóre utwory na składance są balladowe, nieco spokojniejsze, a inne porywające, energiczne, przesiąknięte przebojowym disco. Z pewnością wielu z nas na te płycie usłyszy doskonale znane sobie wcześniej kawałki, takie jak choćby "Living On My Own", "The Great Pretender" czy "I Was Born To Love You". Oprócz tych nieco bardziej popularnych na składance znalazły się również te mniej znane. W skład kompilacji wchodzi kilkanaście singli Frediego, kilka remixów oraz jedna wersja instrumentalna. Album, który świetnie podsumowuje solową ścieżkę muzyczną wokalisty wszechczasów.