niedziela, 25 września 2016

Nowości płytowe 23.09.2016. Genialny Vangelis wraca z płytą Rosetta, nowa koncertówka Bonamassy, swingujące-country czyli nowy album Johna Scofielda i kompilacja twórczości Bruce'a Springsteena.

   Witajcie po dłuższej nieobecności. Nie myślcie sobie, że skoro milczałam to nie zajmowałam się muzyką. Nic z tego :) Słuchałam muzyki, w każdej możliwej chwili, a, że ostatnio nie ma za wiele u mnie tych wolnych chwil, to już na to nic nie poradzę. W każdym razie za sprawą wielkich kombinacji i decyzji podjętej na ostatnią chwilę, tydzień temu pojechałam do Sopotu na mini festiwal jazzowy. Pobyt w Sopocie trwał niespełna kilka godzin, resztę czasu spędziłam w pociągu ale i tak było warto tłuc się te 600 kilometrów w jedną i drugą stronę :) Festiwal Sfinks Swings odbył się w Sopockim klubie Sfinks700. Wystąpił nowy kwartet Leszka Możdżera, prosto z Włoch Alberto Parmegiani Trio oraz energetyczny Polsko-Amerykański Nat Osborn Band. Wieczór zakończył się nocnym jam sassion do 3 w nocy. Dobrze zrobił mi ten wyjazd, muzyka była nieziemska, a atmosfera w klubie wręcz rodzinna :) Były nawet tańce! Mini festiwal, ale baterie naładowane na jakiś czas. Po czymś takim ciężko wrócić do zwyczajnej pracy no ale cóż. W pracy czekają na mnie za to nowe płyty :) Dzisiaj wybrałam dla Was nową studyjną płytę Vangelisa (naprawdę rarytas), nową koncertówkę Bonamassy, który składa hołd królom bluesa, swingujące interpretacje mistrzów country w wykonaniu Johna Scofielda oraz kompilację najlepszych utworów Bruce'a Springsteena. Więcej nowości tutaj. A tymczasem trzymajcie się i do usłyszenia ! paniwdredach 
Vangelis - Rosetta

Vangelis - Rosetta
   Pisać o kimś takim jak Vangelis, który swoją muzykę tworzy od około 50 lat, to coś naprawdę niezwykłego. Wychowywałam się na jego muzyce, pamiętam, że zawsze jego osobie i twórczości towarzyszyła (w moim odczuciu) jakaś nie do końca pojęta aura tajemniczości, niezwykłości, wzniosłości. Nie wiem czy w 100 % ale napewno dzięki Vangelisowi tak bardzo uwielbiam teraz muzykę elektroniczną, wszelkiego rodzaju syntezatory i tym podobne. Po tylu latach, on wciąż mnie i innych fanów zaskakuje, ciągle coś komponuje i nie jest to byle co, każda kolejna jego płyta to naprawdę wielkie święto, nowy rozdział. Ale też z kilku powodów, Vangelis nie sypie albumami jak z rękawa (chociaż mógłby, w swoich zbiorach ma podobno skomponowany materiał na kilkadziesiąt jak nie kilkaset nowych krążków!), dlatego tym bardziej każda jego nowo wydana płyta to podwójne święto. Vangelis właściwie Ewangelos Odiseas Papatanasiu, urodził się w 1943 roku w Grecji. Był i jest jednym z największych twórców muzyki elektronicznej i filmowej na świecie. Co ciekawe, nigdy nie zdobył formalnego wykształcenia muzycznego, jest raczej samoukiem co czyni go jeszcze bardziej wybitnym. Nagrał 18 albumów studyjnych, kilka albumów pod szyldem John and Vangelis (nagranych wspólnie z wokalistą zespołu YES- Johnem Andersonem), kilkanaście albumów z muzyką filmową oraz wiele wiele innych kompilacji, będących współpracą Vangelisa z licznym gronem muzyków. Sukces komercyjny nadszedł wraz ze skomponowaniem muzyki do filmu Rydwany Ognia, za którą to dostał Oskara w roku 1982. Inne bardziej znane jego krążki to muzyka z filmu Ridleya Scotta- "Łowca Androidów" czy "1492. Wyprawa do Raju". Album "Rosetta", jest 18-tym studyjnym albumem w jego karierze. I z całą pewnością jest to album, do którego wielu będzie wracać często. Inspiracją dla artysty, do stworzenia nowego albumu stało się jego wieloletnie zamiłowanie do nauki i kosmosu. Vangelis mówi:''Mitologia, nauka i podbój kosmosu to tematy, które fascynują mnie od dzieciństwa. Zawsze były w jakiś sposób związane z muzyką, którą tworzyłem''. Nowy album powstał na cześć kończącej się właśnie 12-letniej misji kosmicznej o nazwie Rosetta- Misja Rosetta to przedsięwzięcie Europejskiej Agencji Kosmicznej (ESA), polegająca na próbie lądowania sondy Philae na komecie 67P/Czuriumow- Gierasimienko. Było to pierwsze takie wydarzenie w historii badań kosmicznych, misja zakończyła się sukcesem. Wydanie Rosetty, zbiegło się również z 50-tą rocznicą podpisania przez Vangelisa kontraktu z wytwórnią Decca. Jest to więc trochę album wieńczący, podsumowujący pewien rozdział, etap. Muzyka na Rosettcie, to powrót do tego najbardziej charakterystycznego brzmienia Vangelisa, z początków jego twórczości. A więc dźwięki stworzone wyłącznie na klasycznych syntezatorach. Płyta składa się z 13 utworów, trwa nieco ponad godzinę. Traktować ją należy jak swego rodzaju suitę, nie znajdziemy na niej wielkich hitów, ani utworów w jakimś stopniu wyróżniających się. Muzycznie jest to zespolona całość i tak należałoby odkrywać ten album, słuchając wyłącznie całości. Już po kilkudziesięciu sekundach, minutach uderzy nas naprawdę urzekająca muzyka, magiczna, przenosząca naszą wyobraźnię gdzieś daleko poza ziemię. Utwory urzekają harmonią, powodują wyciszenie, przywołują pewną tajemniczość i melancholię, potęgują siłę natury. Naprawdę niezwykła płyta, nieprzekombinowana, prawdziwa. Zapomniałam dodać, że Pan Vangelis nagrywa jednorazowo, od razu, to znaczy, że nie zmienia niczego, po prostu siada, nagrywa jedną wersje i koniec. Może on sam też ma na ziemi jakąś kosmiczną misje do spełnienia? w każdym razie misja trwa i ciągle odnosi sukcesy. 
John Bonamassa - Live At The Greek Theatre
John Bonamassa - Live At The Greek Theatre
   Ach ten Bonamassa ! Jeszcze dobrze nie zdążyłam ostygnąć po jego ostatniej studyjnej płycie "Blues Of Desperation", wydanej pod koniec marca tego roku,a tutaj kolejny krążek, tym razem na żywo. O ostatniej studyjnej płycie pisałam tutaj. Taka obfitość wydawnicza Bonamassy jednych przyprawia o ból głowy, a mi osobiście zupełnie nie przeszkadza (wręcz przeciwnie). Krążek "Live At The Greek Theatre" został zarejestrowany w sierpniu 2015 roku, w Los Angeles, w ramach ubiegłorocznej trasy koncertowej. Trasa zatytułowana "Three Kings", na której podczas kilkunastu koncertów Bonamassa, prezentował utwory z repertuarów trzech króli bluesa- Freddie'go Kinga, B.B. Kinga oraz Alberta Kinga. Płyta to ponad dwie godziny klasycznego, energetycznego bluesowego grania. Repertuar tworzą praktycznie same standardy bluesowe, utwory niezapomniane , ponadczasowe, m.in: Lonesome Whistle Blues (F.Kinga), I Get Evil (A.Kinga), Oh Pretty Woman (A.Kinga) czy kończący krążek The Thrill Is Gone (B.B.Kinga). W sumie na dwóch płytach znalazły się 22 utwory. Bonamassa do wspólnego muzykowania zaprosił dziesięcioosobowy zespół: Anton Fig (perkusja), Kirk Fletcher (gitara), Michael Rhodes (gitara basowa), Reese Wynans (pianino, organy Hammonda), Lee Thornburg (instrumenty dęte), Paulie Cerra (saksofon), Nick Lane (puzon) oraz trio wokalne- Mahalia Barnes, Jade MacRae i Juanita Tippins. Taki obszerny skład i bogate instrumentarium sprawiają, że utwory brzmią naprawdę potężnie, z siłą swoistego bluesowego big-bandu, a może nawet orkiestry. Jest nie tylko naprawdę zdolnym gitarzystą, całkiem dobrym wokalistą, ale także swego rodzaju kontynuatorem dzieła wielkich mistrzów bluesa, ich spadkobiercą. On sam mówi o sobie, że jest "dzieckiem bluesa, w garniturze i  okularach przeciwsłonecznych". Zwał jak zwał, ale fakt jest taki, że Joe "czuje bluesa" jak mało kto. Żeby tego wszystkiego było mało, to jest też filantropem (do miana superbohatera stąd już blisko). W 2011 roku, Bonamassa założył fundację Keep The Blues Alive, która ma na celu promowanie bluesa wśród młodych muzyków, fundowanie stypendiów szczególnie uzdolnionym młodym bluesmanom oraz wspieranie nauki muzyki w szkołach publicznych. Spora część wpływów z trasy "Three Kings" oraz ze sprzedaży "Live At The Greek Theatre", zasili konto owej fundacji. Ten krążek jest naprawdę wielką ucztą muzyczną, hołdem dla muzyki bluesowej, świetnie zagrany, dopracowany do perfekcji, prezentuje kawał historii muzyki. Dla fanów gatunku i nie tylko, jeśli ktoś zaczyna dopiero swoją przygodę z bluesem może brać w ciemno.
John Scofield - Country For Old Men

John Scofield - Country For Old Men
   John Scofield, amerykański gitarzysta jazzowy, żywa legenda gatunku, prawdziwy mistrz nad mistrzami. Urodził się w 1951 roku, jego dorobek artystyczny jest naprawdę imponujący, a dyskografia tak obszerna, że można spędzić dłuższą chwilę na zliczaniu wydanych przez niego płyt. Współpracował z całą armią najlepszych jazzmanów wszechczasów, z Milesem Daviesem czy Herbie'm Hancock'iem na czele. Być może było tak, że dawno temu, kiedy mały John odkrył w sobie miłość do muzyki, postanowił zostać muzykiem totalnym. Jak postanowił tak zrobił, robi zresztą cały czas. Koncertuje, komponuje i nagrywa jak szalony. Potrafi zagrać chyba wszystko, jeśli chodzi o style i gatunki to nie ogranicza się zupełnie. Odnajduje się świetnie nie tylko w jazzie, ale także w bluesie, soulu, funku, rocku, folku. Jego wizytówką stało się zresztą łączenie jazzu z innymi, wydawać by się mogło zupełnie przeciwstawnymi gatunkami. Płytą "Country For Old Men" otworzył po raz kolejny zupełnie nowy rozdział, tym razem jego inspiracją stały się dokonania wybitnych amerykańskich muzyków country, takich jak Dolly Parton, Hank Williams, Bob Wills czy Merle Haggard. Swingujące country? Niemożliwe? Proszę tylko posłuchać "Country For Old Men", a przekonacie się, że w muzyce wszystko jest możliwe! Na płycie obok Johna Scofielda grającego na gitarach oraz ukulele, występują naprawdę wybitni muzycy: Larry Goldings (organy Hammonda), Steve Swallow (elektryczna gitara basowa) oraz Bill Stewart (perkusja). Inspiracja muzyką country, nie jest w przypadku tej płyty elementem przyćmiewającym, zniewalającym całość. Ta płyta to nie frywolne, wesołe, roztańczone utwory country podane na tacy, nie jest to kolejna odsłona własnych interpretacji standardów country. Jest to krwisty, piękny jazz, prezentujący owszem różne swe oblicza, zwłaszcza te energetyczne, natchniony duchem country. Ten duch unosi się cały czas, a słychać go zwłaszcza w gęstych harmoniach stylu country, które świetnie współbrzmią z tematami jazzowymi. Połączenie swingu z country, chyba jeszcze nikomu nie wyszło tak dobrze. Płyta zarówno dla fanów jazzu jak i country, bo jest to po prostu hołd wielkiego amerykańskiego jazzmana, dla muzyki country, która  jest filarem amerykańskiej muzyki ludowej.
Bruce Springsteen - Chapter And Verse
Bruce Springsteen - Chapter And Verse
   Cegiełkę do swojej dyskografii dołożył w piątek również inny wybitny amerykański gitarzysta, Bruce Springsteen. Bruce aka "The Boss", urodził się w 1949 roku w stanie New Jersey, jest wokalistą, kompozytorem i gitarzystą rockowo-folkowym. W jego obszernym dorobku płytowym znajduje się kilka pozycji, które myślę, że zna większość z nas, płyty "Born To Run" czy "Born In The U.S.A", a już napewno każdy zna lub kojarzy utwór "Streets Of Philadelphia", z filmu Filadelfia, za który dostał Oskara oraz nagrodę Grammy. Wydanie płyty Chapter & Verse, łączy się z wydaniem autobiografii Bruce'a zatytułowanej "Born To Run", która na polskim rynku ukazała się w tym samym dniu co płyta."Chapter &Verse" to wybrane przez Bruce'a najważniejsze utwory w jego dotychczasowej karierze, ułożone tak, by pokazać historię Bossa od samego początku. Utwory na płycie obrazują kolejne etapy w życiu muzyka, kompilacja rozpoczyna się dwoma utworami nagranymi z pierwszą poważną grupą Bruce'a- The Castiles, a kończy utworem z ostatniej studyjnej płyty "Wrecking Ball" wydanej w 2012 roku. Zresztą cała płyta jest dopełnieniem książki, muzyczną ilustracją. To co odróżnia ten krążek od innych z szufladki "Największe Przeboje" itd, to to, że zawiera 5 niepublikowanych dotąd wcześniej utworów, pochodzących z lat 1966-1972. Kompilacja, zarówno dla wiernych fanów Bossa, jak i dla zupełnie nowych słuchaczy. 

niedziela, 11 września 2016

Nowości płytowe 09.09.2016. Nowa płyta w serii Polish Jazz, czyli Polish Jazz-JES! kwintetu Zbigniewa Namysłowskiego, Skeleton Tree, album grupy Nick Cave & The Bad Seeds, The Voice Of Suka- Marii Pomianowskiej, eksperymentalne Trans-Fuzje, nowa płyta Adama Bauera/Adama Bałdycha/Cezarego Duchnowskiego oraz Cezarego Konrada, a na koniec debiutancka płyta duetu Face2Face

   Witajcie :) dziś nowości tak przebogate, że nie wiedziałam od czego zacząć. Jak to się jednak mówi, od przybytku głowa nie boli, narzekać nie zamierzam. Jeśli już mam na coś narzekać, to pozwolę sobie poutyskiwać na fakt, że dziś jest ostatni dzień mojego długiego urlopu, jutro czas zakasać rękawy i wziąć się znowu do roboty. No ale cóż, życie to nie bajka i takie tam, banknoty z nieba nie lecą, pracować więc trzeba. Całe szczęście, że znowu pojawiło się tyle nowych, świetnych płyt, że muzyka napewno osłodzi mi nadchodzące dni. Oby również i Wam ;) W piątek swoje premiery miały między innymi: nowy album kwintetu genialnego Zbigniewa Namysłowskiego, Polish Jazz-JES! wydany w dniu 77 urodzin mistrza. Ukazała się również nowa płyta grupy Nick Cave & The Bad Seeds, świetny album Marii Pomianowskiej, ukazujący brzmienie staropolskiego instrumentu ludowego-suki biłgorajskiej. Panowie Adam Bauer, Adam Bałdych, Cezary Duchnowski oraz Cezary Konrad zaprezentowali album Trans-fuzje, będący eksperymentem, fuzją jazzowo-elektroniczną. W piątek wyszedł również krążek duetu Face2Face, będący z kolei jeszcze większą mieszanka stylistyczną i jednocześnie płytą zaskoczeniem- coś jak kinder niespodzianka. Nie wiesz co jest w środku, otwierasz i cieszysz się z zawartości. A, bym zapomniała, wczoraj byłam na koncercie Jimek/Miuosh/NOSPR, na placu Wolności we Wrocławiu. Liryka hip-hopu została okraszona potęga brzmienia orkiestry symfonicznej, kolejny świetny koncert w ramach Europejskiej Stolicy Kultury Wrocław 2016. A tymczasem zachęcam do czytania, więcej piątkowych nowości tutaj. Tradycyjnie, do następnego ! paniwdredach
Zbigniew Namysłowski Quintet - Polish Jazz - JES! Seria Polish Jazz Volume. 77
Zbigniew Namysłowski Quintet - Polish Jazz - JES!. Seria Polish Jazz Volume. 77
   Zbigniew Namysłowski - Od wielu lat filar i czołowa postać polskiej sceny jazzowej. Jest jednym z ojców jazzu w Polsce, kiedy Namysłowski zaczynał swoją przygodę z tym gatunkiem, jazz dopiero co rozkwitał w naszym kraju. O jazzie i jazzowaniu powiedział kiedyś tak: "jestem szczęśliwy, że jestem muzykiem jazzowym, nie zamieniłbym tego zajęcia na żaden inny zawód. Jazz to jest niebywała możliwość twórczego rozwoju, swobody, możliwość wyboru stylu, improwizowanie, szansa wyżycia się, to daje radość i satysfakcję". Tak właśnie czuje i mówi ktoś, dla którego praca jest jednocześnie pasją, sensem życia. Zbigniew Namysłowski urodził się 9 września 1939 roku, kilka dni po wybuchu II Wojny Światowej.Uczęszczał do szkół muzycznych, początkowo grał na fortepianie, później wiolonczeli. Punktem przełomowym był dla niego pierwszy Festiwal Jazzowy w Sopocie (jeden z najstarszych festiwal jazzowych w Polsce), wtedy zakochał się w jazzie. Niedługo po tym wydarzeniu, zaczął naukę gry na puzonie. Na saksofonie, zaczął grać w 1960 roku. Wydał masę płyt, zagrał setki koncertów, koncertował z całą plejadą świetnych polskich muzyków. Koncertował chyba na wszystkich kontynentach, był pierwszym Polakiem grającym jazz w Stanach. Jest muzykiem o niespożytej energii, jest aktywny do dziś, czego wyrazem jest płyta. "Polish Jazz-Jes!", płyta, która jest kontynuatorem kultowej polskiej serii wydawniczej - Polish Jazz, zapoczątkowanej w 1965 roku. Od kilkunastu lat jednak, w serii nie pojawiła się żadna nowa płyta, ostatnia ( o numerze 76) wydana w 1989 roku. Podwójnie cieszy więc fakt, że na rynku nie tylko pojawiły się reedycje poszczególnych płyt serii, ale po wielu latach Polish Jazz na dobre wznowił działalność. Polish Jazz Volume 77 zostaje wydana w dniu 77 urodzin mistrza Zbigniewa Namysłowskiego. "Polish Jazz-Yes!" składa się z 9 kompozycji, są to utwory absolutnie premierowe, wszystkie autorstwa Zbigniewa Namysłowskiego. W składzie kwintetu obok lidera grającego na saksofonie altowym i sopranowym, znaleźli się świetni muzycy młodego pokolenia: Jacek Namysłowski (puzon), Sławek Jaskułke (fortepian), Paweł Puszczało (gitara), Andrzej Święs (gitara) oraz Grzegorz Grzyb (perkusja).
Materiał z nowego albumu powstał dwa lata temu, prezentowany był na koncertach ale właśnie teraz doczekał się debiutu fonograficznego. Tytuł albumu przypieczętowuje kierunek artystyczny Namysłowskiego, który od wielu lat z mistrzowską konsekwencją, gra jazz głęboko zakorzeniony w kulturze polskiej, folklorze, ludowości, można chyba powiedzieć Polski-słowiański-ethno-jazz. Tytuł nie jest też przypadkowy, bo Polish Jazz według Pana Namysłowskiego oznacza "to wszystko, co grają polscy muzycy". Płyta śmiało może stać się wizytówką polskiego jazzu, znajdziemy na niej przepiękny, wyrafinowany jazz akustyczny nasycony tradycyjnym polskim folklorem, różnych zakątków naszego kraju (Mazowsze, Podhale, Kraków). Muzyka z nowej płyty jest niezwykle miła dla ucha, bardzo przystępna, przy tym niesamowicie wyrafinowana, barwna (tak jak i Polski folklor). Utwory są wesołe, żywiołowe, taneczne wręcz, a słuchając instrumentarium, ma się wrażenie jak gdyby odbywały one ze sobą jakąś figlarną rozmowę. Zresztą to już klasyka, że utwory mistrza Namysłowskiego brzmią tak, jakby były przepuszczone przez pryzmat różowych okularów, okraszone dużą dozą humoru. Swoje melodie Namysłowski opiera na kompozycjach polskich tańców ludowych: w jego utworach usłyszymy więc pląsające oberki, mazurki, kujawiaki czy krakowiaki. Bardzo często kompozytor inspiruje się również muzyką góralską- na nowej płycie da się to usłyszeć np. w utworze "Jadąc Zakopianką".Oprócz inspiracji tradycyjnym polskim folklorem, na Polish Jazz- JES! wyczuwa się również fascynację kompozytora wschodnim orientem, da się słyszeć wpływy hiszpańskie czy arabskie (Abrabesqua, Ślepa Komenda).Ta płyta to naprawdę wielkie muzyczne wydarzenie, wkład tej muzyki do polskiego jazzu jest uważam ogromny. I nie przesadzę z tym, że postawiłabym ją na piedestale, wśród najlepszych polskich płyt jazzowych wszechczasów. Numer 77 z serii na 77-te urodziny mistrza Namysłowskiego, tyle siódemek razem to nie przypadek ;)

Panie Zbigniewie, Pana muzyka zajmuje w moim sercu miejsce szczególne, dziękuję, za niesłabnący entuzjazm i chylę czoła!

ps: tak wygląda mój świeżutki egzemplarz Polish Jazz-JES!, w dodatku z autografem :):) płyta pięknie wydana, CD opakowanie digipack, w środku całkiem spora książeczka z opisem płyty oraz wywiad ze Zbigniewem Namysłowskim. W październiku ukaże się również wydanie analogowe

Nick Cafe & The Bad Seeds - Skeleton Tree

Nick Cafe & The Bad Seeds - Skeleton Tree
   Nick Cave, to prawdziwy współczesny człowiek renesansu. Muzyk, poeta, pisarz i aktor w jednym. Urodził się w 1957 roku w Australii. Spośród kilku projektów muzycznych ten najważniejszy to Nick Cave & The Bad Seeds, grupa, której jest współzałożycielem. Właśnie wydali swój kolejny, 16-ty już studyjny album zatytułowany Skeleton Tree.  Album, jest poniekąd kontynuacją genialnego Push The Sky Away z 2013 roku. Płyta była nagrywana od 2014 roku, w trakcie powstawania albumu Cave przeżył osobista tragedię, śmierć syna. Premiera płyty związana jest również z premierą filmu One More Time With Feeling, który opowiada o zmaganiach artysty z żałobą po utracie swojego tragicznie zmarłego syna, a także o pracy nad nowym albumem. W filmie usłyszymy całość Skeleton Tree. Początkowo film, miał być zapisem koncertu, jednakże po tym jak syn Cave'a zginął, spadając z klifu, zmieniono konwencję filmu. Mówiąc o płycie, nie sposób nie mówić również o filmie, stanowią bowiem całość, kluczem do zrozumienia muzyki jest obejrzenie filmu. Film miał swoją oficjalną premierę 8 września, dzień później swoją premierę miał nowy album Nick Cave & The Bad Seeds. Co ciekawe film wyświetlany był na ekranach kin tylko przez jeden dzień... Kto więc nie zdążył musi czekać na premierę na dvd lub udostępnienie filmu w sieci. Film jest czarno biały, czas po utracie syna był, dla Cave'a jak sam mówi poszukiwaniem drogi w ciemnościach. Skeleton Tree to płyta tak niewyobrażalnie smutna, dosadna i intymna, że gruntowne analizowanie jej i ocenianie nie ma w gruncie rzeczy sensu. Powstała na kanwie tragedii, poprzez słowa na niej i muzykę Cave próbuje zmierzyć się z traumą po stracie dziecka, jest też poszukiwaniem nadziei, że ten ból kiedyś minie. Skeleton Tree jest albumem bardzo oszczędnym w środkach wyrazu, Cave z natury perfekcjonista, tym razem postawił większy nacisk położyć na improwizację i intuicję. Klasyczna Cave'owska recytacja, tym razem jeszcze bardziej dosadna, ponura i emanująca smutkiem, wysuwa się na zdecydowany pierwszy plan. Instrumenty tworzą tło, brzmią delikatnie, nieśmiało, w pierwszym odczuciu są jakby wycofane. Wydawać by się mogło, że brzmienie jest mocno oszczędne, jeśli się jednak wsłuchamy, usłyszymy całe przebogate instrumentarium, oprócz standardowych instrumentów jak gitara akustyczna czy perkusja usłyszymy np wibrafon, dzwony rurowe, syntezatory czy mnóstwo smyczków. Muzyka na płycie pomimo swojego charakteru, pomimo niezwykle osobistego wydźwięku, zdaje się płynąć, całość jest spójna. Nick Cave chyba jeszcze nigdy nie stworzył płyty tak bardzo intymnej, przesiąkniętej żalem i obnażającej go w całości. To jest jednak jego sposób, na to by znaleźć chociaż odrobinę ukojenia. 
Maria Pomianowska - The Voice Of Suka

Maria Pomianowska - The Voice Of Suka
   Tym, którzy znają twórczość Marii Pomianowskiej, napewno nie trzeba opowiadać o znaczeniu tytułu tegoż albumu. Ja jednak, aż do tej pory nie wiedziałam co to takiego jest ta suka? A więc suka to instrument, pełna nazwa to suka biłgorajska. Jest to staropolski instrument smyczkowy, wyglądem mocno przypominający skrzypce (to jest własnie ten instrument znajdujący się na okładce albumu). Nazywany jest też często polskimi skrzypcami. Suka zbudowana jest z drewna czereśniowego, ma od 4 do 7 strun. Instrument zwieńczony jest krótką, szeroką szyjką zakończoną rozetą wyciętą w podstrunnicy. Grający trzyma sukę na kolanie, szyjka instrumentu opierana jest na ramieniu. Dźwięk wydobywamy jest za pomocą pocierania smyczkiem o struny tak jak w przypadku skrzypiec, struny nie dociska się jednak do gryfu, stosuje się tzw technikę paznokciową- skraca się struny poprzez dotykanie ich końcem palca. Obecnie instrument bardzo rzadki, osoby, które na nim grają można policzyć chyba na palcach. Największą popularyzatorką tego niezwykłego instrumentu jest Maria Pomianowska, która zainteresowała się suką jeszcze w latach 90-tych, kiedy to z pomocą kilku osób podjęła się arcytrudnej próby odtworzenia techniki gry na tym instrumencie. Pomianowska nie tylko zrekonstruowała ten instrument, ale także odtworzyła technikę gry oraz stworzyła system strojenia.Po tylu latach przyszedł czas na płytę, którą Pani Maria w całości poświęciła brzmieniu suki biłgorajskiej właśnie. Maria Pomianowska urodziła się w 1961 roku w Warszawie. Jest multiinstrumentalistką, wokalistką i pedagogiem- wykłada na Akademii Muzycznej w Krakowie. Gra na instrumentach smyczkowych: sarangi, suka biłgorajska, wiolonczela. Zgłębia techniki gry na Azjatyckich instrumentach smyczkowych, a także a może przede wszystkim odnajduje i rekonstruuje techniki gry na staropolskich instrumentach smyczkowych. Pasjonuje się muzyką krajów azjatyckich:m.in z Indii ,Japonii czy Chin, od wielu lat popularyzuje w Polsce muzykę z tych krajów. Zaprasza do nas muzyków z różnych zakątków świata, sama prowadziła kilka zespołów tworząc muzykę na styku kilku kultur, zajmuje się także prowadzeniem warsztatów muzycznych. Od 2011 roku jest także dyrektorem artystycznym Warszawskiego Festiwalu Skrzyżowanie Kultur. Nowa płyta zatytułowana "The Voice Of Suka" powstała w całości przy wykorzystaniu zrekonstruowanych polskich instrumentów ludowych smyczkowych. Artyści na płycie: Maria Pomianowska (wokal, suka biłgorajska, fidel płocka), Aleksandra Kauf (wokal, suka biłgorajska, suka mielecka), Iwona Rapacz (suka basowa), Patrycja Napierała (instrumenty perkusyjne). Album składa się z kompozycji autorstwa Marii Pomianowskiej, które powstawały na przestrzeni kilku lat, zaś melodie inspirowane są licznymi podróżami artystki po świecie (głównie krajach Azji). Kompozycje są powrotem do polskiej ludowości, zwrotem w kierunku pierwotnej tożsamości kulturowej (m.in za sprawą zapomnianych instrumentów, będących jakby świadectwem minionej epoki). Muzyka jest wesoła, energiczna, o mocnym celtyckim zabarwieniu. Tradycyjne instrumenty smyczkowe brzmią pięknie, soczyście. Ta płyta uruchamia świat wyobraźni, jest w tym nuta nostalgii, tajemniczość, prawdziwość i magia. Warto posłuchać tej płyty, jestem pewna, że zaskoczy i oczaruje każdego. Tradycja nie musi być nudna, zakurzona, a ten album świetnie to pokazuje. 
Adam Bałdych/Adam Bauer/Cezary Duchnowski/Cezary Konrad - Trans-Fuzja
Adam Bałdych/Adam Bauer/Cezary Duchnowski/Cezary Konrad - Trans-Fuzja
   Transfuzja to pojęcie stricte medyczne, bo za sprawą transfuzji (najczęściej krwi) pacjent odzyskuje siły, zdrowie, nierzadko transfuzja jest zabiegiem koniecznym ratującym życie. Dziś premiera płyty zatytułowanej "Trans-fuzja", przetaczana nam jest nie krew, a muzyka- nieoczywista, eksperymentalna, jazzowo/klasyczna, nasycona efektami elektronicznymi. Autorami tejże płyty są świetni polscy muzycy: Adam Bauer (wiolonczela), Adam Bałdych (skrzypce), Cezary Duchnowski (fortepian, komputer), Cezary Konrad (perkusja).  Część kompozycji na płycie zainspirowana została utworami Witolda Lutosławskiego i opracowana przez muzyków: np "Tort Sachera","Passa","Czwórniak". Reszta utworów to kompozycje własne muzyków: "Broda" (C.Duchnowski), "Ired" (C.Duchnowski), "Inspiration" (A.Bałdych). Materiał z płyty muzycy prezentują od kilku miesięcy na koncertach, bo trans-fuzja to także cykl koncertów (każda z transfuzji z innym motywem przewodnim). Cykl "trans-fuzje", zainicjowany został przez Adama Bauera, do których zaprasza on muzyków reprezentujących różne nurty muzyczne. Wszystko po to, ażeby skonfrontować ze sobą  naprawdę różne muzyczne światy, zestawić ludzi, instrumenty i gatunki. Każda z trans-fuzji była inna, każdy z koncertów miał inny motyw/gatunek przewodni, był np koncert jazzowy, barokowy, etniczny, improwizowany, elektroniczny czy też poświęcony twórczości Witolda Lutosławskiego. Panowie Bauer/Bałdych/Duchnowski/Konrad postanowili pójść jeszcze dalej i zarejestrowali materiał ze swojej trans-fuzji na płycie. Muzyka na płycie jest efektem poszukiwań nowych, głębokich brzmień, udało się to odnaleźć za sprawą technologii oraz połączenia instrumentów- te tradycyjne zostały zestawione z przetworzonym analogowo brzmieniem. Bardzo ważna jest elektroniczna oprawa Cezarego Duchnowskiego i jego charakterystyczna melodyczna linia basowa (Basso Continuo). Dzięki temu brzmienie jest zróżnicowane, awangardowe i intrygujące. Kreatywne podejście muzyków, sprawia, że czuć pewną kontrolowaną swobodę. Muzyczne poszukiwania zakończyły się stworzeniem innowacyjnego brzmienia, ekspresyjnego z wysublimowanymi dźwiękami. Muzyka jest mocno ilustracyjna, stymulująca naszą wyobraźnię. Artyści wykazali się podejściem, który łączy szacunek do tradycji z odwagą tworzenia zupełnie nowych brzmień, istotne jest połączenie tradycyjnego instrumentarium z tym elektronicznym. Muzyka na albumie brzmi momentami bardziej jak rock-progresywny lub muzyka rodem z kosmosu, niż jazz, dlatego nie da się jasno opisać stylu, gatunku- ale to myślę, jej kolejna zaleta. Płyta jest naprawdę ciekawa, zaskakująca i niejednoznaczna. Dźwięki uwodzą, polecam !

Face2Face - Inside The Noise
Face2Face - Inside The Noise
   A na koniec oczywiście coś specjalnego. Face2Face to duet złożony ze skrzypaczki i wokalistki Basi Szelągiewicz oraz Darka Tarczewskiego, który na płycie Inside The Noise śpiewa, a także gra na instrumentach klawiszowych. Oboje są gruntownie wykształconymi muzykami.
Muzycy mają za sobą współpracę z wieloma artystami z Polski, teraz jednak poczynili krok do przodu i postanowili wydać debiutancki krążek. Muzycy o nowej płycie "Być może jest to rodzaj pop-rocka progresywnego z elementami klasyki i jazzu. Mieszanka naszego wykształcenia, wzbogaconego o fascynacje ludzi z różnych obszarów muzycznych i geograficznych, którzy nie kochają określonego gatunku, a kochają muzykę, czerpiąc z niej to, co najlepsze". Właśnie tak, płyta, która pokazuje kilka obliczy muzyki, jest mieszanką stylistyk, gatunków. Na jednym krążku współgrają ze sobą elementy muzyki klasycznej, jazzu, rocka, popu, funku czy disco. Rzeczą wspólną dla wszystkich wymienionych gatunków, jest system dwunastotonowy, na którym się opierają. Cała płyta opiera się wyłącznie na tych dwunastu dźwiękach oktawy- dla kompozytorów było to napewno nie lada wyzwanie. Każdy z utworów jest inny, indywidualny. Na płycie równie ważne co brzmienie, są wokale i niebanalne teksty utworów. Eksperymenty z muzyką doprowadziły duet do połączenia stylów i gatunków, ale także instrumentów- tych klasycznie brzmiących (np. wiolonczela, skrzypce) z niezwykłą melodyjnością i przebojowością. Płyta napewno ciekawa i myślę, że należy patrzeć na nią jak na ciekawy eksperyment muzyczny, formę kreatywnej zabawy muzycznej. 

niedziela, 4 września 2016

Nowości płytowe 02.09.2016. Armeński pianista Tigran Hamasyan i płyta Atmospheres, skandynawski król nu-jazzu, trębacz Nils Petter Molvaer i kompilacja singli nieśmiertelnego Freddiego Mercury'ego.

   Witajcie Kochani ! Troche się ostatnio rzadziej odzywałam, co było spowodowane różnymi rzeczami. Obecnie mam długo wyczekiwany urlop, odpoczywam więc sobie nad ukochanym Bałtykiem. Osiadłam w małej miejscowości (coraz mniej ale jeszcze takie można nad naszym morzem znaleźć), spaceruje, biegam i rozkoszuje się cudowną Polską przyrodą. Nie ma nic lepszego. Słucham muzyki natury, szumu morza, wiatru, szmerów drzew, odgłosu spadającego deszczu. Towarzyszy mi też kilka płyt, ostatnio szczególnie upodobałam sobie album "Tutu" Milesa Davisa, który katuje bez opamiętania, słucham też "Dotyku Chmur" Władysława Komendarka- mistrza klasycznych syntezatorów. Jak widać i słychać, ukochałam sobie w sposób szczególny nie tylko jazz ale i elektronikę. Co ciekawe dzisiejsze nowości również mają takie zabarwienie. Jeden z najpopularniejszych i najlepszych obecnie pianistów, Armeńczyk Tigran Hamasyan wydał właśnie nową płytę po szyldem wytwórni ECM- Atmospheres, płyta przepełniona jazzem, zabarwionym kulturą i muzyką ormiańską, a także okraszona delikatnymi efektami elektronicznymi. Dziś także nowa płyta Norweskiego trębacza nu-jazzowego Nillsa Pettera Molvaera, a na koniec słów kilka o kompilacji prezentującej przekrój przez solową karierę Freddiego Mercurego. Więcej o piątkowych nowościach tutaj. A tymczasem ja rozkoszuję się Bałtyckimi urokami dalej, do następnego ;) paniwdredach
Tigran Hamasyan- Hamasyan. Atmospheres
Tigran Hamasayan- Hamasayan. Atmospheres
   Jak brzmi jazz? Nie da się tak po prostu odpowiedzieć na to pytanie, inaczej brzmi jazz z Polski, inaczej jazz Włoski, inaczej brzmi jazz z Norwegii, a jeszcze inaczej jazz z Armenii. Jazz jest przesiąknięty ludźmi, emocjami i kulturami, można powiedzieć co kraj to inny jazzowy obyczaj. Dzisiejsza premiera za sprawą muzyków pochodzących z Norwegii oraz Armeńskiego pianisty, zabierze nas w przepiękną podróż międzykulturową, podróż  inną niż wszystkie. W centrum tego projektu stoi Tigran Hamasyan- urodzony w 1987 roku, Armeński pianista, piekielnie utalentowany, naukę gry na instrumencie rozpoczął w wieku zaledwie 3 lat. O jego wyjątkowym muzycznym darze świadczy worek nagród, z wygraną na  Montreux Jazz Festival (w wieku lat 16-tu...) i Theleonius Monk International Jazz Piano Competition (wygrał mając zaledwie 19 lat ) na czele. Jego muzyka meandruje wokół jazzu, muzyki klasycznej, folku, poezji, a nawet elektroniki i rocka, przyznać należy, że Tigran łączy to wszystko po mistrzowsku. Inspiruje się grą takich mistrzów jak Herbie Hancock, Jan Sebastian Bach... oraz współczesną muzyką elektroniczną. Jednak to co najważniejsze, to fakt, że Tigran od samego początku tworzy muzykę, która kultywuje dziedzictwo kulturowe swojego kraju, a więc tworzy swoje własne interpretacje tradycyjnych melodii ormiańskich, muzykę czerpiącą z ormiańskiego folku i poezji. Polskim miłośnikom muzyki jazzowej jest doskonale znany, kilka lat temu występował na 48-mym festiwalu Jazz Nad Odrą we Wrocławiu czy na Sopot Jazz Festival 2013. Niektórzy mogą go również kojarzyć ze współpracy z uwielbianym w naszym kraju kontrabasistą Larsem Danielssonem, Tigran zagrał na jego rewelacyjnych płytach Liberetto oraz Liberetto II. Jakiś czas temu, Tigran wpadł pod skrzydła prestiżowej wytwórni jazzowej ECM, która nie wydaje byle czego... Ojcem i przewodnikiem ECM-owskiego stadka jest Manfred Eicher, który ma nosa i świetne ucho, to on był pomysłodawcą płyty Atmospheres. W kwartecie, który zagrał na płycie, obok wspomnianego już Tigrana na fortepianie, grają norwescy muzycy: trębacz Arve Henriksen, gitarzysta Eivind Aarset oraz Jan Bang, który na płycie odpowiada za sample i efekty elektroniczne. Pomimo składu obfitującego w naprawdę świetnych muzyków, to jednak centralną postacią tego projektu jest Tigran Hamasyan, a punktem wyjściowym płyty stały się kompozycje legendy muzyki ormiańskiej, mnicha Komitasa Wardapeta. Atmospheres składa się z dwóch płyt CD, łącznie 15 utworów. Kwartet stworzył niezwykłą muzykę, liryczną, spokojną, która przeszywa i porusza słuchacza do głębi. Na płycie odnajdziemy zarówno tradycyjne ormiańskie melodie ludowe, jak i mnóstwo wyśmienitych improwizacji jazzowych. Płyta brzmi świetnie, w nowoczesnym jazzowym brzmieniu, muzycy odnaleźli klucz do przedstawienia ormiańskiej tradycji muzycznej, robią to z szacunkiem i niezwykłą wirtuozerią. Doznania jakie towarzyszą odsłuchowi mogą nas zaskoczyć, Atmospheres jest płytą, która nie ma granic, linii podziału. Muzycy pochodzący z różnych kultur zespolili się w jedność, a spoiwem po raz kolejny okazała się muzyka, sztuka, która łączy jak żadna inna.
Nils Petter Molvaer - Buoyancy

Nils Petter Molvaer - Buoyancy
   Dwa bieguny, krajobraz rozpostarty pomiędzy ciszą, a muzyczną eksplozją dźwięków- taki jest właśnie nowy album Norweskiego trębacza Nilsa Pettera Molvaera zatytułowany "Buoyancy".Urodzony w 1960 roku, w małej norweskiej wiosce. Od dziecka był przesiąknięty jazzem, ojciec był saksofonistą. W nastoletnim wieku porzucił spokojne życie w małym miasteczku by studiować muzykę w Trondheim. Od samego początku jego muzycznej kariery zasłynął tym, w jaki sposób łączył style muzyczne, łączył to co wydawać by się mogło, nie może ze sobą współistnieć, a więc jazz z popem, rockiem, hip-hopem, funkiem, ambientem czy elektroniką. Jest mistrzem kolaboracji jazzu z innymi stylami muzycznymi. Od pierwszego solowego albumu w 1997 roku, aż do dziś konsekwentnie spełnia swoją muzyczną wizję. Wszystko to sprawiło, że obecnie nazywany jest Skandynawskim królem nu-jazzu, gatunku, który łączy elementy muzyki jazzowej z muzyką elektroniczną. Dla Molvaera, granice tworzenia wyznacza jedynie jego wyobraźnia, dla niego muzyka to nie style, to bogaty, piękny świat, muzyk jest niczym pejzażysta dźwiękowy. Tytuły płyt Molvaera zawsze coś znaczą, są motywem przewodnim, punktem wyjścia. Tak jest i teraz, tytuł "Buoyancy" oznacza ulotny, elastyczny, pogodny, pływalny, unoszący się na wodzie. Tytuł zupełnie trafny, muzycy zgotowali nam przyjemną dźwiękową kąpiel podczas której unosimy się jakby na wodzie, dryfujemy, z głową zwróconą ku chmurom. Mi osobiście z jakiegoś powodu okładka płyty kojarzy się z obrazami mojego ulubionego malarza- Caspara Davida Friedricha, jego obrazy przedstawiają pejzaże, zamglone, tajemnicze, przesycone symboliką. Muzycy na płycie, wykorzystują tak bogate instrumentarium, że można złapać się za głowę. Na "Buoyancy" Nils Petter Molvaer gra na trąbce, śpiewa, a także wykorzystuje masę efektów elektronicznych (np. pętle, automaty perkusyjne). Geir Sundstrl: gitara shankar, gitara elektryczna, elektryczna gitara hawajska, gitara rezofoniczna, Banjo oraz automaty perkusyjne. Jo Berger Myhre: gitara basowa, gitara elektryczna, syntezatory, automaty perkusyjne, głos. Erland Dahlen: perkusja, ksylofon, automaty perkusyjne, fortepian, dzwonki, werble, bębny obręczowe, shaker a nawet...noże i widelce... Sami widzicie, że instrumentów na płycie jest masa, daje to piorunujący efekt "porażenia muzyką", świadczy też o wszechstronności artystów. Nils Petter Molvaer podczas komponowania utworów na "Buoyancy", inspirował się muzyką świata, odbył też liczne podróże w różne zakątki naszej planety, dzięki czemu nowy album jest multikulturowy. Zresztą nawet tytuły utworów są jednocześnie nazwami miejsc. Muzyka na "Buoyancy" nasycona jest transowym brzmieniem, dźwięki wciągają, zachęcają, to niekończący się rytm, bijący puls, a jednocześnie atmosfera jest momentami senna,lekka i ulotna. Brzmienie jest mocno progresywne, momentami psychodeliczne. Liryka przeplata się z racjonalnością, czuć nostalgię i zarazem ciekawość, ta muzyka nie jest oczywista, niczym odkrywanie nowego lądu. Album jest tak bardzo nasycony różnorodnością, że może nawet spowodować zmianę podejścia słuchacza do odbioru muzyki, by słuchać głębiej i widzieć więcej. Znakiem rozpoznawczym jest wyraziste brzmienie trąbki w oceanie elektroniki, Nilsowi daleko do obrazu klasycznego trębacza jazzowego. Płyta na miarę XXI wieku- inteligentna, spójna od początku do końca. Na miarę hałaśliwego świata w którym obecnie żyjemy, pełnego pośpiechu i negatywnych emocji. A ta muzyka przywołuje plastyczne emocje, maluje piękny pejzaż w naszej głowie. I tak jak tytuł sugeruje, faktycznie możemy zanurzyć się w dźwiękach Buoyancy, niczym w pięknym czystym oceanie i godzinami unosić się na wodzie i dźwiękach...Każe nam się skupić by jednocześnie dać nam odprężenie.
Caspar David Friedrich - Wędrowiec przed morzem mgły (1818) 
Freddie Mercury - Messenger Of The Gods The Singles
Freddie Mercury - Messenger Of The Gods The Singles
   I na koniec dziś nieśmiertelny Freddie Mercury. Wyszła właśnie kompilacja, w skład której weszły single z solowej kariery słynnego frontmana grupy Queen. Freddie bez Queen, wydał dokładnie dwie płyty studyjne: Mr. Bad Guy z 1985 roku i album Barcelona z 1988 roku, nagrany wspólnie ze słynną hiszpańską śpiewaczką operową Montsserat Caballe. Na ''Messanger Of The Gods" odnajdziemy różne oblicza Merkurego, zafascynowanego rockiem, muzyką disco ale także rozkochanego w muzyce klasycznej i operze. Niektóre utwory na składance są balladowe, nieco spokojniejsze, a inne porywające, energiczne, przesiąknięte przebojowym disco. Z pewnością wielu z nas na te płycie usłyszy doskonale znane sobie wcześniej kawałki, takie jak choćby "Living On My Own", "The Great Pretender" czy "I Was Born To Love You". Oprócz tych nieco bardziej popularnych na składance znalazły się również te mniej znane. W skład kompilacji wchodzi kilkanaście singli Frediego, kilka remixów oraz jedna wersja instrumentalna. Album, który świetnie podsumowuje solową ścieżkę muzyczną wokalisty wszechczasów. 

sobota, 20 sierpnia 2016

Nowości płytowe 19.08.2016. Crystal Castles i Amnesty (I), składanka Jewish&Jazz Inspirations oraz debiutancki album Thom Sonny Greena znanego z formacji Alt-J

Witajcie :) Nie wiem jak Wy, ale ja pomimo braku urlopu (który nadejdzie za kilka dni...) staram się wykorzystywać aurę jak tylko mogę. Kiedy tylko czas mi pozwala, jeżdżę do Wałbrzycha, rodzinny krajobraz koi moje nerwy jak żaden inny...Tak ja zawsze, czas odmierzam również od koncertu do koncertu. Te najważniejsze to koncerty Leszka Możdżera, dla których jestem w stanie zrobić wszystko,byleby na nich być. W ubiegły czwartek urocza wieś Bukowiec, w pobliżu Jeleniej Góry rozbrzmiała Leszkowymi dźwiękami fortepianu, a ja po perypetiach związanych ze zdobyciem biletu na to wydarzenie mogłam w nim uczestniczyć. Mistrz jak zwykle wyszedł i zagrał pięknie, delikatnie i lirycznie. Jak gdyby unosił się razem z fortepianem, gdzieś w przestworza. Zabrzmiało m.in moje ukochane Fjojo (!<3), kilka utworów Krzysztofa Komedy, Witold Lutosławski (który dzięki wykonaniu Leszka brzmiał niczym burza z piorunami), hipnotyzujące tango Astora Piazolli i nasz cudowny Fryderyk Chopin. Na końcu Komedowski temat z filmu Prawo i Pięść jak zawsze ostatecznie rozkruszył lody mego serca. Dodam jeszcze, że na koncert zabrałam mamę, której był to pierwszy w życiu koncert Leszka Możdżera. Mama się zakochała (w muzyce oczywiście), aż do teraz słyszę, że na następny muszę ją również zabrać... Leszek jesteś wspaniałym człowiekiem, po raz kolejny dziękuję, często i gęsto nie potrafię wyrazić tego słowami, więc chociaż tutaj to zrobię. A wracając na ziemię, to dawno nie pisałam o nowościach, co spiesznie nadrabiam. Powraca zespół Crystal Castle, odświeżony i z nową wokalistką, świetna składanka Jewish&Jazz Inspirations, będąca syntezą muzyki klezmerskiej i jazzu oraz tajemniczy projekt elektroniczny nasycony ideą IDM- Thom Sonny Green i jego debiutancka płyta High Anxiety. Więcej o wczorajszych nowościach przeczytacie tutaj. Pozdrawiam Was jak zawsze. do naszego następnego spotkania ;) paniwdredach
Crystal Castles - Amnesty (I)
Crystal Castles - Amnesty (I)
   Nowe (odmienione?) Crystal Castles powraca po prawie dwóch latach wydawniczej ciszy. Kiedy wydawało się, że wraz z odejściem połowy duetu- wokalistki Alice Glass, zespół Crystal Castles przestanie istnieć, druga połowa w postaci producenta i multiinstrumentalisty Ethana Katha zwarła szyki bojowe i zakasała rękawy- wszystko po to by utrzymać zespół przy życiu. Tak o to, Ethan nawiązał współpracę z nową wokalistką- Edith Frances, która nie tylko pozwoliła przetrwać Crystal Castles, ale też wniosła do zespołu podmuch świeżości. Napewno znajdą się tacy, co będą gderać, że to nie to samo, że to już nie jest Crystal Castles, że wokalistka nie taka, że nie taka energiczna, że nie śpiewa z takim pazurem, że tonący brzytwy się chwyta itd... Cóż czasami pewne rzeczy się dzieją, a zmiany nadchodzą, te planowane i nieplanowane, ale zmiany często nie oznaczają czegoś złego, wręcz przeciwnie. Zwłaszcza mogę tak powiedzieć po odsłuchu płyty Amnesty (I), która jest pierwszą po zmianie wokalistki. Gwoli ścisłości, Kanadyjski zespół Crystal Castles powstał w roku 2003 z inicjatywy Ethana Katha, później dołączyła do niego Alice Glass. Wydali razem trzy płyty studyjne, ostatni krążek ukazał się w roku 2012, zatytułowany po prostu (III), jako ciekawostka- był nagrywany w Warszawie. Duet od samego początku wywoływał wiele emocji, co ciekawe zdobyli rzeszę fanów na całym świecie grając muzykę bardzo trudną w odbiorze, niedostępną, chłodną, wręcz psychodeliczną. Crystal Castles to muzyka będąca eksperymentalną podróżą, dużo w niej elektroniki, z jednej strony mamy w ich przypadku doczynienia ze świadomie zastosowanym stylem lo-fi, z drugiej mamy mnóstwo komputerowych efektów, przestererowana linia basowa, komputerowo modułowany wokal. Jedni w tych awangardowych dźwiękach, będących mieszaniną stylów, od techno, po electropunk i synthpop się zakochają, inny odnajdą w tym wszystkim jazgot będący źródłem bólu głowy. O gustach się nie dyskutuje. Nowy skład, nowa płyta- stylistycznie wciąż okraszona tymi samymi brzmieniami, Ethan konsekwentnie rozwija dźwiękowy wachlarz możliwości, a Crystal Castles wciąż nie poddaje się zaszufladkowaniu, wybierając trudną drogę muzycznej niezależności. Pierwszy odsłuch Amnesty (I) minął mi jak oka mgnieniem, od początku do końca wciąga transowe brzmienie, delikatny, ulotny głos Edith dolatuje do nas jakby z zza ściany. Muzyka sączy się z głośników, brudne, szorstkie brzmienia spowite delikatnym wokalem, powodują ciarki i wzmożone uczucie niepokoju. Ta atmosfera jest wyczuwalna od początku do końca, niczym muzyka ilustracyjna z najstraszliwszych horrorów, wrażenie to może również potęgować okładka płyty, która równie dobrze może być plakatem kolejnej części filmu "Obecność". Ta płyta to hołd złożony elektronice, mnóstwo szmerów, trzasków, kosmicznych wręcz brzmień, całość zabiera nas w mistyczną wręcz podróż. Nie jest to płyta do tańca i różańca, nie jest też muzyką, którą można słuchać codziennie ale fani przestrzennego,elektronicznego brzmienia szukający czegoś więcej w muzyce niż "umpa umpa" będą zachwyceni. 

Różni Wykonawcy - Jewish & Jazz Inspirations

Różni Wykonawcy - Jewish & Jazz Inspirations
   Kolejna (piąta) odsłona płytowa prezentująca utwory artystów występujących na Festiwalu Kultury Żydowskiej Warszawa Singera. Sam Festiwal istnieje od 12 lat, ideą wydarzenia jest sentymentalna podróż do przedwojennej Żydowskiej Warszawy. Podróż, która przenosi nas nie tylko namacalnie za sprawą zrekonstruowanych Żydowskich uliczek, lecz również za sprawą prezentowanej na festiwalu muzyki. Przez lata festiwalowa publiczność mogła zasłuchiwać się w muzyce klezmerskiej oraz tradycyjnych pieśniach żydowskich. Na Festiwal Kultury Żydowskiej Warszawa Singera zapraszani są artyści z całego świata. Festiwal to jednak nie tylko muzyka, kultura jidysz przedstawiana jest również za pomocą filmów, spektakli, warsztatów tańca, piosenki, ceramiki czy kaligrafii. Dodatkowo od pięciu lat, prezentowane są składanki, prezentujące utwory wykonawców biorących udział w festiwalu. Poprzednie zatytułowane Balkan&Jewish Inspirations, kolejno I, II i III oraz Balkan&Jewish Collection prezentowały muzykę żydowską oraz bałkańską. Tegoroczna edycja festiwalu była inna, prócz muzyki żydowskiej zaprezentowano również szereg wykonawców jazzowych. Stąd nazwa składanki Jewish&Jazz Inspirations. Na składance odnajdziemy bardzo szeroki wachlarz prezentujący muzykę klezmerską, jazz oraz inne gatunki inspirowane muzyką żydowską. Wśród wykonawców na płycie warto zwrócić uwagę na Nahorny Trio, Kubę Stankiewicza, Macieja Obarę, Paul'a Brody, The Klezmatics, Sefardix czy Rzeszów Klezmer Band, ale to nie wszystko. 2 płyty CD, na nich łącznie 33 utwory, muzyczna podróż międzygatunkowa, która po raz kolejny pokazuje, że muzyka jest jedna, a style i gatunki wspaniale się ze sobą łączą i uzupełniają.

Thom Sonny Green - High Anxiety

Thom Sonny Green - High Anxiety
   Thom Sonny Green- znany głównie jako perkusista indie-rockowej brytyjskiej formacji Alt-J. Najwyraźniej jednak postanowił dać nam się poznać z zupełnie innej strony i zrobił gatunkowy zwrot o 360 stopni. Choć nie do końca odszedł od perkusji, to indie-rock zostawił na chwilkę by poromansować z elektroniką. Jego debiutancki solowy album zatytułowany High Anxiety, to płyta, którą w całości nie tylko skomponował ale też wyprodukował, ujawniając swoje wszechstronne oblicze. Płyta w swoim wyrazie jest niezwykle minimalistyczna, oszczędna, kompozycje są hipnotyzujące i mocno wciągające. Utwory opierają się na miarowym rytmie perkusjonaliów (dlatego powiedziałam wcześniej że Thom nie do końca odstawił perkusję), które łączą się ze strumieniem syntezatorów. I to wszystko. Dzięki temu całość brzmi tak świetnie, melancholijnie, tajemniczo. Płytę można zakwalifikować pod klimat brzmieniowy z pod znaku IDM, a więc ambitna elektronika, dość mocno eksperymentalna. Piękna płyta, wysmakowana elektronika w sam raz by założyć słuchawki i po prostu odpłynąć.


:)

sobota, 6 sierpnia 2016

S16 Festival. Święto muzyki ethno, folku, reggae i jazzu. Dwa dni pulsującego rytmu wibrującego w wodach Jeziora Tarnobrzeskiego

S16 Festival
   Kilka dni temu miałam przyjemność uczestniczyć w niezwykłym wydarzeniu. Mowa o festiwalu S16, który odbywał się w dniach 23-24 lipca nad Jeziorem Tarnobrzeskim.  Była to pierwsza edycja festiwalu Siarki Ognia i Bębnów. Symbol S16, widniejący w nazwie tego wydarzenia pochodzi od symbolu siarki w układzie okresowym pierwiastków, 16 to liczba atomowa siarki. Dlaczego siarka? Tarnobrzeg stanowi największy w Polsce ośrodek wydobycia tego surowca w naszym kraju, zaś Jezioro Tarnobrzeskie powstało w miejscu dawnej kopalni odkrywkowej siarki "Machów". Jak to się stało, że wywiało mnie na festiwal aż na drugi koniec Polski? Po pierwsze bogaty program wydarzenia, obfitujący w koncerty, warsztaty, pokazy ogniowe, po drugie aspekt bębniarski, którego punktem kulminacyjnym miała być próba pobicia rekordu Guinnessa w łańcuchu osób grających na bębnach rękami. A więc stało się, rekord został pobity, zagrało 137 bębniarzy, w tym ja ciesząca się z tego faktu jak mało kto i Ola, moja niezawodna towarzyszka festiwalowa. Ola początkowo nieufnie nastawiona do bębnienia, po tym jak wręczyłam jej djembe, zagrała i w ten sposób zasiliła nasz łańcuch bębniarski. Po za tym nęciły mnie warsztaty, których w programie zaplanowano całe mnóstwo. Nieczęsto mam okazje sobie pobębnić, więc na S16 odbiłam to sobie z nawiązką, efekt sine ręce i uśmiech na twarzy :)
   Zaczęło się od kilku-godzinnej podróży pociągiem z Wrocławia do Rzeszowa, po drodze niezliczona ilość pielgrzymów zmierzających na Światowe Dni Młodzieży do Krakowa, oraz co najmniej jedna (za to spora) i uciążliwa... grupa kolonijna wracająca z wakacji. Najważniejsze jednak zawsze i wszędzie...jest pozytywne nastawienie, wtedy nawet wrzeszczące dzieciaki przestają przeszkadzać. Później była jeszcze krótka przeprawa autobusowa z Rzeszowa do Tarnobrzegu i jesteśmy na miejscu... A tutaj niespodzianka, komunikacja miejska znikoma i akurat w okolice naszego miejsca noclegowego nic nie dojeżdżało... Co jak co, my z Olą poradzimy sobie jednak zawsze i wszędzie, pod nasz "Dworek pod Lipami" podwiózł nas bardzo sympatyczny Pan, który się nad nami zlitował. Perypetii komunikacyjnych było jeszcze dużo podczas naszych dwóch dni w Tarnobrzegu, łącznie z momentami niczym z filmów akcji ale szczegóły wolę zostawić dla siebie...;)     Kiedy w sobotę dotarłyśmy w końcu nad Jezioro Tarnobrzeskie, na scenie szaleli na bębnach Panowie z zespołu Tiriba. To był dopiero początek, fani etnicznych brzmień powoli zaczęli gromadzić się pod sceną, usytuowaną w malowniczych okolicznościach Jeziora Tarnobrzeskiego. Drugi koncert tego dnia i gość naprawdę specjalny. Zagrali Słoma i D'Roots Brothers. Jerzy "Słoma" Słomiński, postać niezwykła, muzyk, architekt, jest uważany za prekursora gry na bębnach w Polsce. Współtworzył takie zespoły jak Brygada Kryzys, Osjan czy Izrael. D'Roots Brothers tworzą m.in synowie Słomy, tworząc razem przepiękne spotkanie pokoleniowe. Leżąc na trawie, wsłuchiwałam się w dźwięki płynące ze sceny. Koncert był syntezą melodii ethno, reggae, dało się słyszeć brzmienia zakorzenione w tradycji gatunku, jak i momenty czerpiące ze współczesności. Królowała harmonia i rytm. Kolejny koncert wieczoru i przeniesienie ciała i umysłu na inną planetę. Za sprawą Studium Instrumentów Etnicznych, zespół naprawdę liczny, instrumentarium tworzą różnego rodzaju bębny- djembe, dunduny, cajony, conga czy metalowe beczki. Oprócz bębnów, gitara basowa, trąbka, flet, didgeridoo, kalimba, gongi i pewnie jeszcze o czymś zapomniałam. Na czele zespołu stoi charyzmatyczny wokalista Piotr "Stiff" Stefański. Artyści występujący w Studium pochodzą z okolic Gór Świętokrzyskich, muzykę, którą tworzą określają jako tradycyjną tego rejonu, u podstawy której stoi trans. Przyznam szczerze, że ich koncert zrobił na mnie piorunujące wrażenie, ubrani w niezwykłe stroje, swoją muzyką zaczarowali wszystkich dookoła. Hipnotyczne miarowe bębnienie, psychodeliczne i często niepokojące teksty wyśpiewywane przez wokalistę rzeczywiście wprowadziły wszystkich obecnych w trans. Było coś w tej muzyce co niepokoiło i ciekawiło jednocześnie, dzikość zakrawała o szaleństwo. Strach mieszał się z entuzjazmem, bardzo emocjonalny folk, wyzwalający w ludziach tłumione i skrywane często, nieznane emocje.

Kiedy wszyscy wokół powoli zaczęli dochodzić do siebie, na scenie pojawił się zespół CBB Ensemble- Centrum Rytmu City Bum Bum. Skład zespołu tworzą muzycy z Polski i Senegalu, ich muzyka jest spotkaniem tradycji odrębnych kultur, połączeniem brzmienia takich instrumentów jak djembe, hang czy balafon, ze śpiewem wykonywanym w języku Wolof i Malinke. Ważną rolę w ich występie odegrał również widowiskowy taniec. CBB zafascynowany kulturą i muzyką zachodnioafrykańską tworzy muzykę z gatunku world music, zespół określa to co tworzy tak: "Starożytne dźwięki przyszłości. Do słuchania. Do tańczenia. Bez początku. Bez końca". Królował rytm, który zjednoczył artystów ze zgromadzoną publicznością. Kolejny zespół przeniósł nas w zupełnie inne rejony geograficzne jak i te muzyczne. Na scenę wkroczył Jose Torres&Havana Dreams. Zespół wykonuje tradycyjną muzykę kubańską. Zapanowała długa, mocno energetyczna kubańska fiesta, muzykom nie przeszkodziła nawet chwilowa awaria prądu. Wszyscy bez wyjątku poddali się tanecznym rytmom, wywodzącym się z gorącej Kuby. W trakcie koncertów na mniejszej scenie usytuowanej na jeziorze odbywały się niesamowite pokazy, m.in mody czy niezwykły pokaz tańca z ogniem. Zwieńczeniem wieczoru był koncert zespołu Tabu, którego niestety nie doczekałyśmy. Dla całej naszej trójki był to naprawdę długi dzień, nasze ciała mówiły basta. Zapomniałam dodać, ze w międzyczasie dołączyła do nas Ania, którą poznałam na tegorocznym Enter Music Festival. Ania do Tarnobrzega przyjechała aż z okolic Gdyni, pokonała więc prawie całą Polskę by znaleźć się na S16 :)

   Drugiego dnia wyruszyłyśmy nad jezioro jeszcze przed południem. Zaopatrzona w djembe i niesiona silną potrzebą, żeby w końcu porządnie sobie pobębnić wystrzeliłam prosto na warsztaty bębniarskie. Warsztaty prowadzili Ricky Lion, Amadou Fola oraz Foliba, fajnie było pobębnić we wspólnym gronie :) Od 15-tej na Tarnobrzeskiej scenie znowu zabrzmiała muzyka, jako pierwszy tego dnia wystąpił Ricky Lion, wokalista i bębniarz pochodzący z Konga. Tuż po nim na scenie wystąpił zespół Moribayassa wraz z Amadou Folą. Zespół Moribayassa tworzy grupka przyjaciół zafascynowanych kulturą i muzyką zachodnioafrykańską. Amadou Fola to pochodzący z Senegalu, na stałe mieszkający w Warszawie, multiinstrumentalista, kompozytor i wokalista. Zabrzmiały takie instrumenty jak djembe, dundun, sangban czy kora. Występ był potężną dawką energii i pozytywnych wibracji, brzmienie bębnów, potężne, transowe, do tego wszystkiego żywiołowe tańce. Nie muszę chyba mówić co się działo pod sceną :) Moim największym  muzycznym "odkryciem" festiwalu był jednak zespół Sango, który zagrał po Moribayassie i Amadou Foli. Ideą Sango jest patrzenie na kulę ziemską, jako zintegrowaną wspólnotę, ich muzyka wpisuje się w szeroko pojęty nurt world music.



Członkowie Sango przekazują nam swoje przeżycia z podróży po najdalszych zakątkach naszej planety, snują opowieść o świecie za pomocą muzyki. Wykorzystując przy tym spektakularną ilość instrumentów etnicznych, wzbogacanych o efekty syntezatorowe oraz brzmienia jazzowe. Kosmiczny mistycyzm emanujący z dźwięków, które tworzą uduchawiają człowieka. Sango- to była przyjemność Was słyszeć :) Krótka przerwa koncertowa, która później nastąpiła, spowodowana była przygotowaniem do bicia Rekordu Guinessa w grze na bębnach rękami. Uczestniczyć w biciu rekordu mógł każdy, wystarczyło mieć tylko bęben (jakikolwiek) i pozytywne nastawienie. Utworzyliśmy dłuuuugi łańcuch składający się z bębniarzy i bębniarek w każdym wieku. Rekord prowadzili Panowie z zespołu Drum Work. Krótka nauka prostego rytmu i rozpoczęło się bicie rekordu. Każdy uczestnik po kolei wystukiwał rytm, czuć było zaangażowanie i ekscytację, w powietrzu zaś czuć było potężne wibracje. Udało się, 137 osób wybębniło rekord, a swoją cegiełkę dołożyłam również ja i Ola.



Kiedy emocje związane z rekordem nieco opadły, nastąpiła jazzowa część festiwalu- na którą zresztą czekałam najbardziej :) Na scenie pojawiła się młodziutka basistka Kinga Głyk, ze swoim kwartetem, w tym na perkusji jej ojciec Ireneusz Głyk. W tak młodym wieku nie można tak dobrze grać ! Kinga ma zaledwie 19 lat, ale jej talent i wrażliwość muzyczna stawia ją obok największych basistów. Najważniejsze serwisy i czasopisma jazzowe okrzyknęły artystkę, jako najbardziej utalentowaną basistkę młodego pokolenia. I nie ma w tym grama przesady. Kinga gra rasowo, a jej muzykę niesie duch swingu. Zagrała głównie swoje kompozycje, repertuar pokrywał się z materiałem koncertowym wydanym w tym roku- Happy Birthday Live. Oprócz swoich własnych kompozycji, zagrała m.in znamienny cover piosenki Erica Claptona- Tears In Heaven. Kolejny koncert tego dnia, był tym, na który czekałam oczywiście najbardziej :) Jego muzyka chyba nigdy mi się nie znudzi, dla niego mogę przejechać nawet całą Polskę, bo tak podpowiada mi serce. Chodzi oczywiście o Leszka Możdżera, który na S16 festival zagrał z Diterem Ilgiem na basie i Ericiem Allenem na perkusji. Był to ich drugi publiczny występ w tym składzie, trio powstało w tym roku, zaprezentowali materiał skomponowany przez Leszka i dedykowany pianistom, którzy stanowią dla niego inspirację na muzycznej drodze. Drugie publiczne wykonanie i drugi raz, kiedy miałam przyjemność wysłuchać ich na żywo. Pierwszy nastąpił podczas tegorocznego Enter Music Festival. Ponieważ znałam już te kompozycje, miałam pewne obawy czy aby napewno ta muzyka przypadnie do serca festiwalowej publiczności. Wszak po takiej dawce energetycznego folku, ethno i reggae, nastąpił koncert jazzowy przez wielkie J. Koncert w duchu Chopina, Chicka Corei, Antonio Carlosa Jobima czy Nana Vasconcelosa. Obawy na szczęście bezzasadne, wszystkie miejsca zostały zajęte, a publiczność skupiona, zasłuchana, burze oklasków po każdym utworze. Tak to już chyba jest, że jazz emanuje specyficzną energią, która otula słuchaczy, obezwładnia. Ja sama spędziłam ten koncert w swego rodzaju odrętwieniu, hipnozie, moja dusza uniosła się gdzieś wysoko. Takie rzeczy dzieją się ze mną na każdym koncercie Leszka, tylko on tak potrafi grać. Wydaje mi się też, że ten koncert był lepszy niż ten z Enteru. Premierowe wykonanie niesie ze sobą potężny stres, który zniknął na festiwalu S16. Było więcej swobody i spontaniczności. Leszek Możdżer / Dieter Ilg / Eric Allen- dziękuję ! Później na scenie pojawił się jeszcze zespół Foliba, na którym finalnie nie byłyśmy. Zostałyśmy bowiem rozochocone wieścią o odbywających się warsztatach chodzenia po ogniu, warsztaty były, chodzenie po ogniu też- ostatecznie jednak żadna z nas nie zdecydowała się na ognisty spacer, cóż może innym razem :) Tak też zakończyła się dla nas pierwsza edycja festiwalu S16, nad przepięknym Jeziorem Tarnobrzeskim, następnego dnia czekał nas powrót do codzienności.

    Cóż Drodzy organizatorzy, S16 to była naprawdę piękna podróż i wspaniałe spotkania. Mam nadzieję, że festiwal na stałe zagości nad Jeziorem Tarnobrzeskim. Za S16 przemawiają przepiękne okoliczności przyrody, wspaniała muzyka i naprawdę niezwykli ludzie. A tych spotkałam wielu, wyjątkowi, kolorowi, uśmiechnięci- święto ludzi, którzy kochają muzykę i mają naprawdę piękne wnętrza. Czułam się z Wami wspaniale :) Dodam jeszcze tylko, że od strony organizacyjnej również wielki plus. Tak bogaty program i nagromadzenie różnego rodzaju atrakcji spowodowało, że każdy znalazł na S16 coś dla siebie. Trzymam kciuki za kolejne edycje, do zobaczenia za rok ! paniwdredach

Za wyjątkiem ostatniego zdjęcia, wszystkie pozostałe są autorstwa Radka Delimata - radfoto.pl
Pani w dredach na poważnie bije rekord :) Zdjęcie pochodzi ze strony nadwisla24.pl

piątek, 5 sierpnia 2016

Nowości płytowe 05.08.2016. Blues Pills i ich Lady In Gold, niezwykły Mladen Franko- autor muzyki z kultowej polskiej Sondy oraz hipnotyzująca Nao

   Witajcie Kochani :) Dziś jest piękny dzień, nie tylko ze względu na nowości w muzyce. Dziś mam w końcu wolne, nie mam nic ważnego, palącego do zrobienia, po prostu NIC NIE MUSZĘ :) I sama świadomość tego faktu powoduje u mnie mimowolny uśmiech na twarzy.Jedynie co dziś mogę zrobić to przysłowiowo "leżeć i pachnieć". Taki mam też plan. Dziś nie opuszczam mojego domowego zacisza, zabarykadowałam się niczym w fortecy. Moim towarzyszem na ten piątkowy dzień, jest wyłącznie muzyka, książka i kubek kawy. Nawet pogoda sprzyja mojemu dzisiejszemu leniwemu usposobieniu, początkowo chciałam wybrać się na dłuższą rowerową wyprawę. Ale ostatecznie pogoda (albo ten na górze), zsyłając deszcz, zadecydowała/ał za mnie. Tak więc rozpływam się w moim lenistwie i melduję Wam o tym, jakie ciekawe płyty ujrzały dziś światło dzienne. A jest (jak zwykle) o czym pisać, znakomity powrót bluesowo-rockowej kapeli Blues Pills, fascynujący świat muzyki ilustracyjnej od Mladena Franko i nowa elektryzująca wokalistka R&B Nao. Więcej o dzisiejszych premierach tutaj. Czytajcie, słuchajcie, wysyłam wirtualne pozdrowienia i do zobaczenia ! paniwdredach ( ps jest 17-ta a ja paraduję w piżamie i nie jest mi z tym choć trochę źle :) ).
Blues Pills - Lady In Gold
Blues Pills - Lady In Gold
   Słuchanie Blues Pills powoduje wzrost ciśnienia, dekoncentrację i niepohamowany przypływ endorfin w całym ciele, niewskazane dla osób o słabych nerwach ! Wskazania: osoby uzależnione od muzyki, miłośnicy dobrego retro-rockowego,energetycznego brzmienia. Blues Pills to szwedzki zespół, który powstał w 2011 roku, jego obecny skład to: Szwedka Elin Larsson (wokal), Francuz Dorian Sorriaux (gitara), Amerykanin Zack Anderson (gitara basowa) oraz Szwed Andre Kvarnstrom (perkusja). Blues Pills zdobył ogromną rzeszę fanów, kiedy w 2014 roku wydał swój debiutancki album zatytułowany po prostu "Blues Pills". Stylistyka debiutu utrzymana jest w klimacie retro-rocku, psychodelicznego brzmienia, żywcem wyjętego z lat 60-tych oraz 70-tych. Ale to nie wszystko, bo Blues Pills nie trzyma się sztywno starych czasów, za sprawą nowoczesnego brzmienia, techniki grania i naprawdę wielkiego talentu, zabierają nas w muzyczną podróż- od przeszłości ku przyszłości. Świetny debiut przyniósł im fanów na całym świecie, apetyt jak wiadomo rośnie jednak w miarę jedzenia, dlatego wielu zastanawiało się czy powtórzą swój sukces na kolejnym albumie. Uważam, że tak się stało, nawet więcej drugi jest jeszcze lepszy niż pierwszy. Tu wciąż czuć konsekwentny retro-rock, utwory niczym w rollercoasterze falują, od tych mocno energetycznych, do nieco spokojniejszych blues-rockowych ballad. Filarem zespołu jest brzmienie gitary, wyraziste, klasyczne, w niektórych utworach słychać delikatne dźwięki klawiszowe oraz żeńskie chórki, które nieco zmiękczają charyzmatyczny głos Elin. To właśnie wokalistka stanowi o tak wielkiej sile Blues Pills. Elin dysponuje głosem silnym jak huragan, hipnotyzującym, z tą swoją charakterystyczną zawadiacką chrypką. Artystka, jak sama mówi, inspiruje się stylem Arethy Franklin czy Janis Joplin, co wyraźnie słychać na debiutanckiej płycie. Drugi krążek pomimo tego, że muzycy wiernie kontynuują drogę, zaczętą na debiutanckim "Blues Pills" jest nieco inny. Bardziej wyważony i mniej oczywisty, to już nie jest inspirowanie się konkretnym stylem czy artystą, muzycy stworzyli coś swojego- są świadomi, siebie i muzyki, którą tworzą. Lady In Gold, Pani w złocie oznacza śmierć- motyw przewodni płyty. Nie jest jednak przedstawiona w klasyczny sposób, śmierć według Blues Pills przyodziewa złoto, jest piękna i przyjdzie do nas, kiedy nadejdzie na to czas. Pani w złocie nie objawia się na płycie wyłącznie w tekstach, cały czas można wyczuć pewien specyficzny mroczny, niepokój, wiszący gdzieś w powietrzu. Klimat tej płyty jest fascynujący, psychodeliczne brzmienie, rockowe zacięcie przenoszące nas 50 lat wstecz, energetyczny blues rock i typowo bluesowe ballady, a nawet momenty silnie progresywne, w połączeniu z głebokim gitarowym uderzeniem Doriana Sorriauxa i piekielnie mocnym wokalem Elin, czyni zespół Blues Pills jednym z najciekawszych odkryć muzycznych ostatnich lat. Druga płyta daje nam też pewność, że nie jest to chwilowe objawienie, a prawdziwy talent. Muzycy są w trakcie trasy koncertowej, w ramach której 23 sierpnia wystąpią we Wrocławskim Alibi, a 24 sierpnia w Katowickim Mega Clubie. Już nie mogę się doczekać Wrocławskiego koncertu, na który się wybieram- Lady In Gold zagrana na żywo, to będzie jak wybuch bomby atomowej...
Franko Mladen - Amazing Space

Franko Mladen - Amazing Space
   A teraz coś dla fanów muzyki filmowej, ilustracyjnej oraz poniekąd fascynatów polskiej kinematografii. Młodszym czytelnikom osoba Mladena Franko pewnie nic nie mówi, ale tym, którzy śledzili polską telewizję lat 80-tych, być może już tak. Pochodzący z Chorwacji Mladen Franko to kompozytor muzyki ilustracyjnej i filmowej. Od końca lat 70-tych, przez 80-te, jego kompozycje chętnie i często wykorzystywano w wielu programach Telewizji Polskiej, w tym w kultowym programie popularnonaukowym Sonda! Projekt Amazing Space powstał w roku 1980, Mladen Franko powołał do życia utwory, które miały ilustrować muzycznie programy telewizyjne i filmy. Tak się złożyło, że te w sposób szczególny przypały do gustu pracownikom Telewizji Polskiej, którzy sięgali po nie wielokrotnie. Płyta została zarejestrowana w malutkim, domowym studiu Mladena Franko, nagrywał ją na dwóch skromnych magnetofonach czterośladowych. W sumie Amazing Space to 25 utworów. Mladen Franko zawarł w nich swoją fascynacją ówczesną muzyką pop, elementy jazzu, roztańczone funkowe rytmy, a także całą masę elektronicznych brzmień. Kompozytor zagrał sam na wszystkich instrumentach, które wystąpiły na płycie, z charakterystycznym brzmieniem clavinetu na czele. Słuchanie Amazing Space dla niektórych może być powrotem do melodii tkwiących w podświadomości od lat, nowi słuchacze odkryją świetne, pulsujące energią melodie i całą masę lirycznych tematów. Ciekawe może być również zderzenie z muzyką ilustracyjną sprzed prawie 40 lat oraz ze sposobem w jaki kiedyś tworzono muzykę. Szczególny szok przeżyją Ci, którzy słuchają wyłącznie współczesnej, tworzonej często komputerowo, dopracowanej do perfekcji muzyki filmowej.Co ciekawe Amazing Space ukazuje się w formie fizycznej, na CD,po raz pierwszy, trzeba się jednak spieszyć z zakupem, przygotowano bowiem jedynie 500 sztuk tego wydawnictwa, nakład jest jednorazowy. Wydawnictwo zremasterowano z oryginalnych taśm, do płyt dołączona została książeczka opisująca losy płyt oraz wywiad z kompozytorem, a także masę zdjęć. Płyta dostępna jest również na kanale youtube, kto chce i może, niechaj da się porwać w sentymentalną, muzyczno/filmową podróż.
 
Amazing Space vol.1
Amazing Space vol.2
Nao - For All We Know

Nao - For All We Know
   Nao przez wielu słuchaczy, a przede wszystkim ludzi zajmujących się muzyką profesjonalnie, uważana jest za najważniejsze muzyczne odkrycie 2016 roku. Neo Jessica Joshua znana jako Nao, to wokalistka i tekściara, pochodzi ze wschodniego Londynu, ma 29 lat i dziś ukazuje się jej debiutancka płyta zatytułowana For All We Know. Przed nagraniem debiutu, wydała dwie świetne EP-ki, So Good oraz February 15, współpracowała też z wieloma cenionymi artystami- Mura Masą, Kwabsem czy panami z Disclousure. Zanim zdecydowała się na pierwszą płytę długogrającą zbierała doświadczenia, obserwowała i udoskonalała swoje brzmienie.Jej znakiem charakterystycznym jest jej oryginalny wokal, delikatny, emanujący skromnością, dziewczęcością, jednocześnie silny, pokazujący, że artystka twardo stąpa po ziemi. Większość utworów na debiucie utrzymana jest w spokojnym, nieco wyciszonym i stonowanym klimacie, gdzie na pierwszym planie wyróżnia się głos Nao. Muzyczna otulina głosu artystki to soul, naładowany futurystycznymi funkowymi brzmieniami, dając brzmienie neo-soulowe, a także klasyczny styl R&B. Bywają na tej płycie momenty kojącej melancholii, jak i fragmenty z pulsującym tanecznym tempem. Całość brzmieniowa uwodzi, ciekawi, hipnotyzuje i zapada w pamięć na dłużej, sprawiając, że For All We Know zagości w naszym odtwarzaczu na dłużej. Fani nowych, ciekawych brzmień zakochają się w Nao bez pamięci, wokalistka urzeka skromnością i powala profesjonalizmem, napewno stanowi też powiew świeżości, na nieco zastygłej scenie soul i R&B.